Miasto jako zdrowy habitat człowieka. Rozmowa z Marcinem Skrzypkiem
Miasto jest naszym habitatem, czyli środowiskiem życia, które może sprzyjać zdrowiu albo mu szkodzić. O tym, jak planowanie przestrzeni wpływa na choroby cywilizacyjne, dobrostan psychiczny i codzienne zdrowe nawyki, a także o tym, dlaczego „medycyna habitatu człowieka” zgodnie z tradycją humanistycznej medycyny powinna wrócić do głównego nurtu debaty medycznej, rozmawiamy z Marcinem Skrzypkiem, działaczem społeczno-kulturalny i specjalistą ds. kultury przestrzeni w Ośrodku „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie, autorem tekstów o przestrzeni miejskiej na portalu ProjektPulsar.pl i w "Polityce".

Z Marcinem Skrzypkiem rozmawia Agnieszka M. Polak

Jak planowanie miasta wpływa na zdrowie mieszkańców?

Długofalowo i strategicznie. Ale żeby to w pełni  zrozumieć, najpierw musimy sobie uświadomić, że miasto jest środowiskiem ludzkiego życia. Można je nazwać habitatem albo ekosystemem gatunku homo sapiens. Obecnie głównym. Cechują go więc parametry, które decydują o naszym zdrowiu i kondycji. Tak samo jak w przypadku zwierząt i roślin, które potrzebują odpowiednich siedlisk do życia i rozmnażania się, tak i człowiek potrzebuje przestrzeni, która zaspokaja jego potrzeby biologiczne, indywidualne i społeczne, gdzie będzie zdrowy, zadowolony i chętny do samorozwoju.

Dlaczego wciąż tak mało mówimy o tym, jak tworzyć „zdrowe środowisko życia” dla ludzi?

Paradoks polega na tym, że często wiemy więcej o ochronie siedlisk zwierząt i roślin, niż o tym, jak kształtować „siedliska ludzkie”. Pewnie dlatego, że człowiek przystosuje się do wszystkiego. Oczywiście prowadzi się liczne badania na ten temat, ale nie są one wystarczająco rozwijane, systematyzowane i kapitalizowane w formie norm do realizacji w praktyce. Tymczasem właśnie takie normy powinny być podstawą refleksji nad planowaniem miasta. Czy na przykład zadajmy sobie pytanie, które ulice czy kwartały Lublina, Warszawy, Krakowa są zdrowe, a które nie i dlaczego? Nie mamy dostępu do tak podstawowej wiedzy, choć wydaje się ona wynikać wprost z praw człowieka i obywatela.

Co właściwie oznacza „miasto dobre dla wszystkich mieszkańców”?

Można to ująć metaforycznie: jeśli chcemy stworzyć dobre warunki dla mrówek, muszą one sprzyjać całemu mrowisku, a nie tylko uprzywilejowanym osobnikom. Z człowiekiem jest podobnie. Dobre miasto to takie, które odpowiada na potrzeby nie jednostek czy grup tu i teraz, lecz całej społeczności nieustannie rodzącej się, rozwijającej i starzejącej, zmieniającej się z dekady na dekadę i narażonej na negatywne zmiany środowiska w całej jego ludzkiej rozciągłości. 

Problem polega na tym, że mrówki instynktownie wiedzą, gdzie i jak budować mrowisko i zawsze jest ono takie, jakim powinno być. Natomiast my ludzie nie wiemy, jak wygląda „idealne miasto”. W XX w. trochę tej wiedzy mieliśmy pod hasłem ładu przestrzennego, ale niestety została ona zlekceważona i zapomniana po transformacji lat 90-tych. Żeby ją dziś odzyskać i stosować, trzeba nie tylko lepszej edukacji urbanistów i lepszego prawa, które pozwalałoby im ją stosować, ale również uaktualnienia tej wiedzy i prawa w oparciu o postępy różnych nauk, głównie medycznych. Potrzebna jest jakaś silna i niepodważalna motywacja, że naprawdę tej wiedzy potrzebujemy a także że musimy ją nieustannie wzbogacać i stosować.

Boisko z dwiema bramkami otoczone jesiennymi drzewami i liśćmi, z budynkami w tle.
Łąka z boiskiem pod dębem i zagajnik z przeszkodami dla rowerów
uratowane przez mieszkańców przed zabudową między ulicą Szafirową i
Bursztynową. Fot. Marcin Skrzypek.

 

Dlaczego tak łatwo przystosowujemy się do niezdrowych warunków życia w mieście?

Tak nas ukształtowała ewolucja. Potrafimy przeżyć wszędzie, czy to będzie chatka z błota czy apartamentowiec z portierem. Ale ma to swój efekt uboczny: możemy przestać dostrzegać, że w ogóle mamy pewne ważne potrzeby biologiczne i społeczne, które nie są zaspokajane. Brak zieleni, hałas czy zanieczyszczenia mogą nie być od razu odczuwalne, lecz w dłuższej perspektywie odbijają się na naszym zdrowiu. 

Jakie konsekwencje zdrowotne wynikają z życia w źle zaplanowanej przestrzeni?

Dawniej źle zaplanowane dzielnice, których symbolem były podwórka-studnie, stawały się siedliskiem chorób i wykluczenia. Dziś grożą nam podobne skutki, choć ich przyczyny są inne. Chociaż wiele dawnych zagrożeń, jak gruźlica, cholera, dur brzuszny, zostało opanowanych, współczesne miasta mierzą się z innymi problemami zdrowotnymi, takimi jak otyłość wynikająca często z niskiej aktywności fizycznej, zaburzenia psychiczne związane niekiedy ze stresem środowiskowym oraz choroby układu oddechowego wywołane zanieczyszczeniem powietrza.

Dlaczego trudniej zauważyć te zagrożenia niż choroby ostre, jak zawał czy infekcja?

Wyzwanie polega na tym, że skutki tych czynników rozwijają się powoli. To nie grypa ani zawał, to procesy, których nie zauważamy na co dzień. Zresztą, jak wspomniałem, ludzie się przystosowują do wszystkiego, więc również do zdarzeń nagłych takich jak wypadki samochodowe. W rezultacie są one traktowane jako  nieunikniony koszt systemu transportowego, na zasadzie „tak już jest”. Choć wcale tak być nie musi.

Miejska ulica z chodnikiem, roślinami w donicach i drzewami; po prawej stronie znajduje się budynek z ogródkiem kawiarnianym, a w tle widać nowoczesne biurowce.
Zazieleniony i odnowiony przez UM Lublin wypoczynkowy zakątek ul.
Grottgera. Fot. Marcin Skrzypek.

 

W jaki sposób powinniśmy mówić o zdrowiu w mieście, żeby edukować, a nie straszyć?

Potrzebne są nie tylko badania nad skutkami zdrowotnymi złej urbanistyki, lecz także odpowiedni język ich przekazywania, taki, który z jednej strony dotyka sedna w sposób zrozumiały dla każdego, ale też nie straszy i nie wyolbrzymia, tylko uświadamia realny problem i sposoby jego rozwiązania. No i jest odporny na współczesne zagrożenia informacyjne takie jak teorie spiskowe.

Hałas wydaje się być dość oczywistym stresorem. Czy również pierwszym krokiem w ochronie przed hałasem jest uznanie, że w ogóle mamy z nim problem?

Tak, ponieważ hałas jako czynnik szkodliwy jest dobrze uświadomiony i zdefiniowany w audiosferze środowiska pracy, a nie przestrzeni publicznej, gdzie mamy do czynienia z innymi szkodliwymi zdarzeniami dźwiękowymi. Żeby uznać, że istnieje potrzeba ochrony również przed nimi, trzeba zdefiniować zagrożenia. Bez tego nie ruszymy i tutaj wiedza medyczna wynikająca ze znajomości ludzkiej psychofizjologii ma kluczowe znaczenie.

Jak mieszkańcy intuicyjnie reagują na szkodliwe bodźce, zanim zrobią to eksperci?

Miasto jest zagęszczeniem interakcji między zachowaniami ludzi i wieloma czynnikami obiektywnymi. Wraz z rozwojem cywilizacyjnym to zagęszczenie rośnie, ujawniając szkodliwe zjawiska niespotykane wcześniej. Mieszkańcy je zauważają nieświadomie i np. zaczynają unikać pewnych miejsc albo otwarcie się na nie skarżą, ale ten feedback wymaga potwierdzenia przez ekspertów, aby przejęli się nimi decydenci czy prawodawcy.

Weźmy np. stosunkowo nowe zjawisko dźwiękowe, jakim jest nagły ryk pojazdu ze zbyt głośnym silnikiem raptownie przyśpieszającego w centrum miasta. Wcale nie musi on przekraczać norm hałasu, żeby był uciążliwy. Nie obejmą go również normy hałasu impulsowego, bo te odnoszą się do dźwięków sekundowych jak strzał czy trzask. Stres wywoływany rykiem silnika z podziurawionym tłumikiem ma inną przyczynę, która jest zupełnie nieobecna w publicznym dyskursie.

Nasze zmysły reagują na bodźce z pewnym opóźnieniem. Źrenica potrzebuje chwili, by się zwęzić, gdy pojawia się jasne światło. Ucho nie ma takiego mechanicznego „przymknięcia”, ale potrafi przyzwyczajać się do głośnego dźwięku na zasadach adaptacji sensorycznej, która dzieje się na poziomie neuronalnym. Dlatego muzyka w słuchawkach ustawiona na ten sam poziom jest komfortowa w pociągu, ale w ciszy sypialni staje się ogłuszająca. Ucho dostosowuje próg wrażliwości, ale z pewnym opóźnieniem – jeśli dźwięk narasta szybciej, niż słuch zdąży się zaadaptować, odczuwamy stres i to dosłownie w całym ciele, wręcz atak paniki, bo przez chwilę nie nadążamy z „percepcyjną ucieczką” przed agresywnym bodźcem.

Nowoczesny ogród z ławkami, kolorowymi rabatami i metalową rzeźbą na tle zielonego i żółtego budynku pod zachmurzonym niebem.
Ogród dla pracowników za siedzibą firmy Modern-Expo na ul. Spiessa w
Strefie Ekonomicznej. Fot. Marcin Skrzypek.

 

Jakie rozwiązania stosuje się w europejskich miastach, aby lepiej rozumieć i kontrolować hałas w przestrzeni publicznej?

W Paryżu zainstalowano sieć radarów dźwiękowych i wprowadzono nowy sposób ewaluacji uciążliwości dźwięku w przestrzeni publicznej Harmonica Index opracowany w ramach projektu HARMOnised Noise Information for Citizens and Authorities. Jego twórcy wyszli ze słusznego założenia, że zanieczyszczenie hałasem i możliwości jego eliminacji są niedostatecznie zrozumiałe przez ogół społeczeństwa i władze. Dlatego stworzyli prostą skalę uciążliwości dźwięku opartą na 10 stopniach i kolorach oraz na rozróżnianiu dźwięków stałych, które są zaznaczane słupkami, i zdarzeń akustycznych wybijając się z tła, zaznaczonych na słupkach trójkątnymi “daszkami”. To dużo bardziej przekonujący system niż logarytmiczna skala decybelowa.

Dlaczego mimo dużej wiedzy o smogu wciąż tak trudno przekuć ją w skuteczną politykę miejską?

Bo nauka nie dość przemawia do wyobraźni wyborców i decydentów. Pojęcie smogu powstało w Londynie na początku XX w. w odpowiedzi na silną korelację między dramatycznym nasileniem konkretnego zjawiska atmosferycznego i liczbą zgonów. Tę korelację zbadano, ale jej skutki w naszych warunkach nie są równie namacalne. Więc przegrywają konkurencję o priorytetowe traktowanie z mniej ważnymi, ale bardziej namacalnymi problemmami. I tak dane medyczne istnieją, normy istnieją, ale w praktyce nie przekłada się to na skuteczną ochronę mieszkańców.

Na przykład nie bierze się pod uwagę, że smog może być zjawiskiem bardzo lokalnym, „zastoiskiem” zanieczyszczeń na nieckowatej ulicy starych domków jednorodzinnych czy na osiedlu, gdzie przepływ powietrza blokuje zbyt gęsta lub zbyt wysoka zabudowa. Takich zagrożeń nie rejestrują stacje pomiarowe zainstalowane gdzie indziej i traktowane jako reprezentatywne dla całego miasta. Należałoby zidentyfikować konkretne miejsca, gdzie istnieje ryzyko szczególnego zanieczyszczenia powietrza i tam instalować dodatkowe mierniki.

W jaki sposób planowanie przestrzenne może zapobiegać powstawaniu takich „pułapek smogowych”?

Przez ochronę kanałów przewietrzających a nawet tworzenie ich specjalnie. W Krakowie i Sarajewie (po wojnie na Bałkanach) takie kanały zostały zabudowane i teraz można już tylko przez całe dekady walczyć z długofalowymi skutkami złych decyzji. Niestety argumenty naukowe zbyt często przegrywają z interesem prywatnym czy nawet z biurokracją, choć to zdrowie mieszkańców powinno być najważniejsze w przestrzeni publicznej, jaką jest miasto.

Czy da się w ogóle pogodzić interes publiczny z interesem deweloperów?

Można, ale nie oczekujmy tu jakiegoś odkrycia nieznanej wcześniej synergii między interesem publicznym i prywatnym. Biznes ma zarabiać, a wręcz niekiedy zgodnie z prawem musi zarabiać. Zatem rynek inwestycji przestrzennych jest i musi być regulowany zasadami zagospodarowania przestrzennego, które mają zabezpieczać interes społeczny. Do rozważenia pozostaje tylko ich skuteczność. Ale aby ją ocenić, najpierw należy zgodnie z prawdą opisać ten interes, czyli w pierwszej kolejności normy ryzyka zdrowotnego mieszkańców miast.

Na czym polega problem z obecnymi zasadami zagospodarowania przestrzennego?

Nie pozwalają one w wystarczającym stopniu - jak na nasze potrzeby i poziom wiedzy - realizować zasad ładu przestrzennego. Jest to od lat faktem znanym i krytykowanym, ale kolejne kadencje naszych prawodawców nie zmieniają tej sytuacji. „Zamiast trwałych zasad spójnego gospodarowania przestrzenią - decyzje administracyjne oderwane od przyjętych założeń.” czytamy na stronie NIK we wstępie artykułu „Nieprecyzyjne przepisy = chaos przestrzenny” z 25 kwietnia 2023 r.

Jaką rolę miały pełnić miejscowe w tym systemie plany zagospodarowania przestrzennego - i dlaczego przestały ją pełnić?

Podstawą systemu planistycznego są miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego (MPZP) tworzone przez urbanistów i mające status prawa lokalnego, które określa, co i gdzie można budować. Niestety, w Polsce ich rola w tworzeniu ładu przestrzennego została stopniowo zdegradowana. W 2003 r. weszła w życie ustawa z 1994 r. unieważniająca dotychczasowe miejscowe plany. Niby na stworzenie nowych samorządy miały 9 lat, ale to za mało, żeby nadrobić plany tworzone przez dekady i stworzyć nowe.

W rezultacie miejsce zwolnione przez MPZP zajęły tzw. wuzetki, czyli uzgodnienia warunków zabudowy dotyczące tylko danej inwestycji, funkcjonujące, gdy gdzieś brak MPZP, a jest inwestor chcący coś zbudować. Jak można się domyślić, poziom zabezpieczenia przez wuzetki interesu społecznego w przestrzeni jest niższy niż może, co w dużej skali zastępowania przez nie planów, doprowadzić do degradacji przestrzeni naszej ojczyzny.

Osoba idąca alejką wśród drzew na osiedlowym skwerze.
Skwer odnowiony w ramach Zielonego Budżetu między budynkami na ul.
Montażowej i Kresowej na Tatarach. Fot. Marcin Skrzypek.

 

Jak deregulacja zawodu urbanisty wpłynęła na jakość decyzji przestrzennych?

Status zawodu urbanisty został zdegradowany w 2014 r. Ustawą z dnia 9 maja 2014 r. o ułatwieniu dostępu do wykonywania niektórych zawodów regulowanych.  Po prostu decyzjami urbanistycznymi zaczęli się zajmować ludzie bez odpowiedniego wykształcenia. Innymi słowy polscy prawodawcy uznali, że takie wykształcenie nie jest konieczne do zagospodarowywania przestrzeni Polski. Tym samym przestała istnieć Krajowa Izba Urbanistów czyli samorząd zawodowy planistów mogący prawnie wymagać od osób wykonujących usługi urbanistyczne przestrzegania dokumentów programowych Izby chroniących jakość planowania. Od dekad architekci i urbaniści piszący artykuły czy uczestniczący w dyskusjach na te tematy wskazują na dwie współzależne przyczyny tego stanu rzeczy: złe prawo i brak edukacji przestrzennej, co jest wyrazem ich bezsilności.

Dlaczego złe prawo i brak edukacji przestrzennej są tak trudne do przezwyciężenia?

Bo nie mamy, jako mieszkańcy a nawet eksperci, żadnego bezpośredniego wpływu na te czynniki. Mamy jednak wpływ na opinię publiczną, która ostatecznie kształtuje prawo i edukację, a nawet sama jest obszarem edukacji. To ona wywiera nacisk na polityków. Najwięcej robią tu NGOsy (organizacje pozarządowe) i oddolne inicjatywy nieformalne, ale one mają nad sobą szklany sufit sprawczości. 

Kto dziś ma największy autorytet w debacie o jakości przestrzeni?

Według mnie najważniejszym - ale niewykorzystanym - obecnie autorytetem w tych sprawach jest służba zdrowia, a szczególnie jej sektor związany z badaniami i edukacją zdrowotną. Tylko ona „cała na biało”, dosłownie, może przyjść z odsieczą zmęczonym oddolną walką z chaosem przestrzennym mieszkańcom i organizacjom pozarządowym.

Czy historia może być inspiracją dla współczesnej urbanistyki prozdrowotnej? 

Tak i dlatego warto rozmawiać o zdrowiu publicznym i mieście właśnie tu, na ulicy Witolda Chodźki, lekarza, który już sto lat temu podkreślał znaczenie zdrowia publicznego w planowaniu przestrzeni. To właśnie zaangażowani społecznie lekarze, którzy leczyli nie tylko bogatych, ale też biednych, domagali się budowy wodociągów, likwidacji substandardowego mieszkalnictwa i większego dostępu do zieleni. Jeśli dziś, biorąc z nich przykład, specjaliści od zdrowia publicznego też zaczną wspierać ideę ładu przestrzennego, wrócimy do humanistycznych i przyjaznych człowiekowi tradycji tego „dobrego modernizmu”, który sto lat temu wyrósł z troski o zdrowie mieszkańców. Jego uaktualnioną wersję możemy obecnie znaleźć w zasadach Nowego Urbanizmu czy Nowego Europejskiego Bauhausu.

Co dziś w polskich miastach jest dobre, a czego wciąż brakuje? 

Warto zacząć od pozytywów. Rośnie świadomość mieszkańców, coraz więcej osób angażuje się w ruchy społeczne na rzecz zieleni i przestrzeni przyjaznej pieszym. To zmiana na plus. Ale brakuje konsekwencji i systemowego podejścia. Prawo urbanistyczne wciąż sprzyja doraźnym interesom, a nie długofalowej trosce o zdrowie mieszkańców. Polepsza się estetyka i funkcjonalność nowych budynków i mieszkań, ale pogarsza się środowisko życia między budynkami: komunikacja, dostęp do usług, miejsca spacerów. Dawne osiedla miały gorsze mieszkania, ale lepszą przestrzeń wspólną. Dziś często zostawia się bardzo mało miejsca na aktywności inne niż transportowe, głównie własnymi autami, których użycie w roli  głównego środka transportu miejskiego zabierają bardzo dużo miejsca i publicznych pieniędzy.

Dlaczego mimo rosnącej świadomości mieszkańców wciąż powstają nieprzyjazne przestrzenie?

Ona nie rośnie równo w ich masie. Część uczy się i rozwija horyzonty, ale pozostali tego nie robią i dają się złapać na sielskie wizualizacje, które nie są potem realizowane w praktyce albo grodzenie osiedli mające zabezpieczać mieszkańców przed urojonymi zagrożeniami. Ostateczny rezultat jest taki, że deweloperzy bez skrępowania tworzą np. absurdalnie wyglądające plac-izolatki dla dzieci wyglądające jak wybiegi dla królików w zoo. Bo taka już wytworzyła się norma społeczna. Za mało osób widzi w tym farsę, żeby deweloper uznał takie działania za „cringowe”, niekorzystne dla nabywców.

Co możemy uznać za pozytywny dorobek wcześniejszych dekad, zwłaszcza okresu PRL? Jaką rolę pełniły osiedlowe pawilony?

Jak wspomniałem mamy wokół siebie mnóstwo dobrze zaplanowanej zabudowy osiedlowej z różnych okresów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, kiedy to pewne aspekty przymiotnika „ludowy” traktowano dosłownie i poważnie. Dzięki temu powstały osiedlowe pawilony usługowe, które są łatwo dostępne pieszo i rowerem, obsługujące kilka tysięcy okolicznych mieszkańców bez względu na wiek i dostęp do auta. Mieszczą się w nich wszystkie sklepy i punkty usługowe potrzebne na co dzień.

Do dziś świetnym tego przykładem jest osiedle Zbigniewa Herberta w Lublinie (dawniej Leona Kruczkowskiego), gdzie w zespole pawilonów działa 35 różnych biznesów a także biblioteka i dom kultury. Jednym z nich jest bar „Bartek” działający nieprzerwanie od ukończenia osiedla w 1974 r. A zaraz obok pawilonów znajduje się przychodnia, żłobek i szkoła. W tak zaaranżowanej przestrzeni wiele spraw mogą załatwiać dzieci i seniorzy bez pomocy innych osób. Dzięki temu dzieci uczą się samodzielności, seniorzy ją utrzymują, jedni i drudzy mają okazję do ruchu, a osoby pracujące oszczędzają czas.

Co zastąpiło takie pawilony na współczesnych osiedlach? 

Obecnie rolę takich pawilonów przejęły duże centra handlowe. Obsługują one znacznie większe tereny mieszkalne, ale przez to dostępne większości klientów głównie samochodem. To automatycznie wyklucza z samodzielnych zakupów dzieci, nastolatków, wielu seniorów i inne osoby bez auta, a wszystkim odbiera okazję do ruchu. Na nowych osiedlach usługi umieszcza się w parterach, ale to nie to samo co dawne pawilony. Sieć takich usług jest jednak rozproszona i niepełna.

Czego jeszcze brakuje w polskich miastach?

Mieszkańców. Oprócz niżu demograficznego do tego braku przyczynia się zjawisko tzw. rozlewania się miast będącego skutkiem braku dyscypliny planistycznej, ale nie tylko. Ludzie wybierają przedmieścia czy ościenne gminy, bo ziemia i budowa domu są tam tańsze, niż zakup mieszkania, szczególnie nowego w odpowiednim standardzie.

To jest z kolei również efekt nierozwiązanego po 1989 r. problemu mieszkalnictwa dostępnego dla wszystkich. W PRL-u spółdzielnie mieszkaniowe działały quasi-dewelopersko, ale na zasadach współrządzenia i systemowo. Planowały całe osiedla, jak LSM-y czy Czechów.

Jaka jest przewaga zdrowotna takich osiedli na nowymi lub mieszkaniem pod miastem?

Na przykład wspieranie mobilności aktywnej. Jest na nich, a przynajmniej była, przestrzeń do przyjemnego chodzenia, biegania, jeżdżenia rowerem. Dzisiejsze punktowe inwestycje są najczęściej niespójne ze sobą, pozbawione łączności komunikacyjnej i obiecanych w ofercie wysokiej zieleni. A chodzić czy jeździć rowerem, trzeba mieć gdzie. Bo nie mówimy tu o czystej potrzebie transportowej, lecz także o czerpanej z tego przyjemności, która daje nam motywację do aktywności fizycznej, a wręcz decyduje o zastępowaniu jazdy autem mobilnością aktywną.

Co do osiedlania się pod miastem, tutaj właśnie przydałyby się szeroko zakrojone badania rezultatów i ryzyk zdrowotnych. Na plus możemy zaliczyć lepszą jakość powietrza i sąsiedztwo zieleni, uprawa ogródka, choć to zależy od miejsca i chęci. Na minus - więcej czasu w aucie, mniej relacji społecznych i więcej czasu przed ekranami. Ale to tylko moje przypuszczenia. Potrzebne są badania.

Mieszkanie jest dobrem pierwszej potrzeby, więc to sprzedawcy dyktują ceny i lokalizacje, a zatem w dalszej perspektywie również determinują nasz styl życia. W takich sytuacjach wolny rynek nie zawsze działa na korzyść klientów, czyli tutaj mieszkańców, co jest poważnym argumentem za zdecydowaną interwencją sektora publicznego w rynek mieszkaniowy. I dlatego wraca argument medyczny: jeśli pokażemy, że dobrze zaplanowane osiedla zmniejszają ryzyko chorób cywilizacyjnych czy innych ryzyk dobrostanu, będzie to silny bodziec dla władz, by wspierać ład przestrzenny.

Czy koncepcje takie jak „miasto 15-minutowe” czy „miasto dla dzieci” rzeczywiście są nowymi ideami w urbanistyce?

W gruncie rzeczy to inne nazwy tej samej idei, która już funkcjonowała w przeszłości i realizowała się w idei planowania przestrzeni z myślą o korzyściach mieszkańców. Sto lat temu modernizm wyrastał z troski o nasłonecznienie mieszkań, dostęp do zieleni, unikanie terenów podmokłych itp. Lubelskie Towarzystwo Lekarskie było wręcz konsultantem przy planach miasta. Jeszcze powojenne plany Lublina uwzględniały „zdrowotność terenów”: północne stoki przeznaczono na usługi, południowe na domy.

Dziś próbuje się wrócić do tej oczywistej zasady, ale niejako sprzedając ją opinii publicznej w różnych opakowaniach, podkreślających różne aspekty ładu przestrzennego. Bo tak dziś funkcjonuje komunikacja społeczna: uwagę skupiają nowinki brzmiące atrakcyjnie i jednoznacznie. Hasło miasta 15-minutowego podkreśla korzyści związane z oszczędzaniem czasu i pieniędzy na transporcie, samodzielność i mobilność aktywną.

Miasto dla dzieci sygnalizuje zaś, że los społeczeństwa zależy od dobrostanu dzieci czyli także osób rozważających założenie rodziny. Ponadto najmłodsi pełnią w mieście rolę analogiczną do tzw. gatunku wskaźnikowego w ekosystemie. Są po prostu najbardziej wrażliwe i wymagające, więc jeśli skupimy się na ich potrzebach, to automatycznie zaspokoimy większość potrzeb innych grup-gatunków. Miasto dla dzieci będzie dobre również dla dziadków, babć i singli.

Czym jest koncepcja „zdrowego miasta”, którą odnajdujemy w Indeksie Zdrowych Miast?

Jest to kolejne nowe-stare pojęcie, ale już bezpośrednio odnoszące się do medycyny ludzkiego habitatu i co więcej ma ono silne wsparcie w postaci Indeksu Zdrowych Miast zainaugurowanego w 2022 r. przez Grupę LUX MED i realizowanego przez naukowców z Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i Fundacji Gospodarki i Administracji Publicznej. Indeksowi towarzyszy Kongres Zdrowe Miasta. Jest więc, gdzie pogadać i o czym. Nie musimy wyważać już otwartych drzwi, ale nie oznacza to, że temat został wyczerpany. 

Czy Indeks Zdrowych Miast rzeczywiście pokazuje, które miasta są najbardziej prozdrowotne?

To jest znowu pytanie do badaczy. W mojej opinii obecnie Indeks stanowi raczej narzędziem informacyjno-promocyjnym, które ma być dla miast impulsem do zmian. Kryteria tworzenia tego rankingu opierają się na danych, które można pozyskać, ale które nie zawsze trafiają w sedno. Na przykład w Indeksie „urowerowienie” i w ogóle zrównoważenie transportowe miast oceniane jest na podstawie sumarycznej długości ścieżek rowerowych i buspasów, a nie ich spójności decydującej przecież o konkurencyjności tych rodzajów transportu względem aut osobowych.

Nie bada się długości i dostępności atrakcyjnych tras spacerowych czy miejsc darmowej rekreacji, czyli cechujących się ładnym krajobrazem: zielenią, dostępem do wód, urozmaiconą rzeźbą terenu. Podobnie z boiskami – można je budować, ale jeśli są zamknięte i puste, nie spełniają swojej funkcji. Nie mówiąc już o tym, że miasta niewiele już mogą zrobić, jeśli chodzi o przewagę zdrowotną ich urbanistyki, bo tę trudno zmieniać. Tutaj postęp może się odbywać poprzez niewielkie zmiany głównie w skali pieszego czy rowerzysty i wymogi stawiane przyszłej zabudowie.

Dlaczego medycyna i urbanistyka powinny dziś działać razem?

Nie odkrywamy tutaj niczego nowego. Raczej wracamy do dobrych praktyk medycyny humanistycznej, czyli szeroko rozumianej profilaktyki. Musimy jednak uzasadnić te praktyki na nowo, tak by przemawiały do współczesnych pokoleń. Dlatego bardziej trafnym sformułowaniem niż „medycyna humanistyczna” może być właśnie „medycyna habitatu człowieka” (human habitat medicine), bo kieruje naszą uwagę na profilaktyce, zapobieganiu szkodom zdrowotnym, zanim trzeba będzie wydawać pieniądze na leczenie objawów. Zgodnie z tradycją hipokratejską: człowiek jest tym, co je, w czym żyje i jak radzi sobie z emocjami. O diecie, stylu życia i psychologii wiemy już bardzo dużo. Pora, by nauka medyczna przełożyła tę wiedzę na zasady aranżacji przestrzeni, w której żyjemy, sprzyjające zdrowiu do późnego wieku.

Jakie błędy z przeszłości możemy dziś powtórzyć?

Są to błędy prowadzące do podobnych skutków, ale innymi drogami niż dawniej. Dziś niezdrowa przestrzeń oznacza co innego niż kiedyś. Na przykład nie zachęca do ruchu, więc sprzyja otyłości, bo dziś w krajach rozwiniętych problemem jest otyłość, a nie głód. Choroby narządów ruchu biorą się z siedzenia a nie przepracowania.

Zły nastrój też ma inne przyczyny: już nie brak perspektyw i walka o byt, lecz takie stresory jak wspomniany hałas poza pracą, chaos przestrzenny, chaos wizualny, ciągły ruch bez opcji wyciszenia się, poza własnym mieszkaniem. W mieście jesteśmy nieustannie narażeni na nadmiar takich bodźców zmysłowych i kognitywnych, których na co dzień nie uświadamiamy sobie w pełni, a których kiedyś nie było.

Nasza percepcja stale rejestruje, że coś przemieszcza się obok, a my bez przerwy musimy czuwać nad własnym bezpieczeństwem, by nie wpadła na nas hulajnoga albo byśmy to my na kogoś nie wjechali; nie mówiąc już o samochodach. To wszystko działa długo i niezauważalnie, dlatego tak ważne są i badania, i zrozumiały język, który uczciwie tłumaczy skalę problemu.

Dizajnerzy wnętrz i przedmiotów codziennego użytku doskonale zdają sobie z tego sprawę z tych kognitywnych mechanizmów. Dizajn mebli miejskich nie jest z nich wyłączony. Dlatego np. nadmiar barierek instalowanych nawet między płaskim chodnikiem i trawnikiem, czy stosowane wszędzie odblaskowe słupki w biało-czerwone paski, nie chronią naszego zdrowia przed żadnymi zagrożeniami, natomiast działają negatywnie na poczucie bezpieczeństwa. To też jest temat dla medycyny habitatu człowieka.

Ale zamiast nad błędami, możemy też zastanowić się nad tym, co dobrego z przeszłości możemy powtórzyć. Już kiedyś lekarze-humaniści, postępowi i społecznie zaangażowani, wskazywali źródła tych problemów, kierując się etosem troski o dobro wspólne. I w końcu coś się im udało osiągnąć. Dziś takich odważnych głosów, łączących przestrzeń i zdrowie publiczne, bardzo brakuje.

Jak przełożyć idee zdrowego miasta na konkretne rozwiązania przestrzenne i prozdrowotne na co dzień?

To jest główne pytanie badawcze i pole do popisu dla medycyny habitatu człowieka. Rolą ekspertów od zdrowia jest nadać medyczną wartość urbanistyce i architekturze krajobrazu. Przyszłe osiągnięcia tej gałęzi medycyny wymagają twórczej współpracy specjalistów różnych dziedzin, co ilustruje poniższy przykład.

Ruch młodzieży na świeżym musi konkurować o jej uwagę i czas wolny z multimediami. Jest to konkurencja realna i silna. Tego rodzaju produkty są specjalnie zaprojektowane, żeby powodować wydzielanie dopaminy. Dlatego tak samo i w tym samym celu powinno się projektować przestrzeń publiczną. Do tego trzeba dołożyć edukację szkolną pomagającą rozpoznawać i ograniczać uzależnienia cyfrowe oraz budować nawyki ruchowe w każdym wieku. A struktura miasta powinna umożliwiać realizowanie tych nawyków w praktyce za darmo i przygodnie. Inaczej one nie powstaną lub się nie utrzymają. Tymczasem wiemy jak skończyło się wprowadzanie do szkół edukacji zdrowotnej. Zabrakło rzeczowych argumentów jak te powyżej.

Co do hałasu, po prostu twórzmy miejsca ciche, strefy oddalone od ruchu. Wystarczy dwa szeregi budynków odwrócić do siebie plecami i podzielić zielonym pasażem ze skwerem. Poprawiajmy organizację sygnalizacji świetlnej, stosując np. zieloną falę. Na Alejach Racławickich w Lublinie ograniczałaby ona hałas aut ruszających z miejsca (na części odcinków jest już nawet „cichy asfalt”). Ograniczajmy zanieczyszczenie hałasem, który jest uciążliwy, choć nie przekracza norm. Tworzą do akustyczne reklamy, natrętna muzyka z lokali gastronomicznych a nawet muzykowanie na ulicach w sąsiedztwie miejsc pracy i zamieszkania. Takie niby artystyczne działania polegają de facto na stosowaniu przemocy dźwiękowej wobec tych, którzy muszą tego słuchać, bo nie mają wyboru.

Zajmijmy się też wreszcie hałasem gwałtownie narastającym. Zaledwie kilka epizodów raptownego przyśpieszania motocykla czy stuningowanego auta wystarczy, by ulica zaczęła ulegać degradacji, bo piesi przestają się czuć na niej bezpiecznie. Tu w sukurs przychodzą nam wspomniane doświadczenia Paryża. To już się dzieje. W ogóle mnóstwo prozdrowotnych rozwiązań przestrzennych już od dawna działa w różnych miastach świata. Wystarczy więc zrobić ich kwerendę. Można sprawdzić czy są skuteczne i po prostu skopiować. W tych sprawach prozdrowotne argumenty naukowe muszą przeważać nad interesami partykularnymi.

Jak koncepcja Medycyny 3.0 i badań nad wellbeing może zmienić sposób, w jaki projektujemy miasta?

Są to pojęcia i działania bardzo ważne i pomocne w dążeniu do zdrowego ładu przestrzennego. Medycyna 3.0 to całościowe przeorientowanie celów medycyny przez priorytetyzację profilaktyki zdrowia rozumianej kompleksowo – w całej skali ludzkich interakcji. Możemy o niej myśleć w kategoriach dobra indywidualnych osób, jak również dobra zbiorowego. Utrzymanie systemu ubezpieczeń starzejącego się społeczeństwa zaczyna się od samodzielnego, sprawnego i zdrowego dziecka. Żadne ćwiczenia po 40-tce nie nadrobią bezruchu w młodości. Dlatego tworzenie zdrowego otoczenia miejskiego idealnie wpisuje się w ideę Medycyny 3.0.

Obszar badań nad wellbeing w skali społecznej ma ciekawy dorobek, który wymaga jedynie przypomnienia i eksperckiej popularyzacji. Warto tu wspomnieć o brytyjskim raporcie Pięć dróg do lepszego samopoczucia („Five Ways to Wellbeing”), który powstał na zlecenie rządu w celu znalezienia sposobów na ograniczenie społecznych kosztów strat zdrowotnych. Okazało się, że ludzie mniej chorują i mają lepszą kondycję, gdy są szczęśliwsi, a są szczęśliwsi, gdy stosują pięć prostych zasad:

Szukaj kontaktu
Bądź aktywny
Zwracaj uwagę
Nie przestawaj się uczyć
Dziel się z innymi


W raporcie są one krótko i zrozumiale opisane tak, że nawet nadają się na memy. Najważniejsze jednak, że możliwość realizacji tych zaleceń zależy od jakości przestrzeni. Jeśli mieszkamy na odizolowanym osiedlu, w którym pierwszym wyborem środka transportu jest samochód, a spędzania czasu wolnego - ekran z gotową ofertą rozrywkową, to możemy zapomnieć o aktywności i relacjach.

Na co dzień nie zauważamy, że krajobraz miejski działa na nas wielozmysłowo. Widzimy detale techniczne takie jak znaki, barierki i pasy, a rzadziej myślimy o aranżacji zieleni,  powiązaniach zieleni z infrastrukturą czy o redukcji elementów zbędnych wizualnie. Tymczasem krajobraz to nie tylko „obrazek”, lecz spektakl, w którym uczestniczymy: idziemy, coś się odsłania, coś nas przyciąga, zachęca do dalszego ruchu, czujemy wiatr, ciepło, zapachy, słyszymy ptaki. To źródło pozytywnych bodźców, czyli również dopaminy, ale w racjonalnych dawkach powiązanych z działaniami prozdrowotnymi – przeciwieństwo uzależniających mikro-bodźców ekranowych. Nie ma przesłanek, byśmy kiedykolwiek przestali tego potrzebować, bo nie zmienimy swojej natury. To muszą jednak tłumaczyć i dokumentować lekarze i naukowcy, którzy mają społeczny autorytet.

Dziękuję za rozmowę.

Aneks

Głównym zadaniem modelu medycyna 1.0 było reagowanie, gdy pojawia się choroba. Lekarz stawiał diagnozę i wdraża leczenie, najczęściej farmakologiczne lub chirurgiczne. Zdrowie rozumiano tu jako brak choroby, a pacjent trafiał do lekarza dopiero wtedy, gdy coś szwankowało.

Drugi poziom to medycyna 2.0 oparta na dowodach (EBM – evidence-based medicine), rozwijana w XX wieku wraz z gwałtownym rozwojem nauki i technologii. To czas wielkich badań klinicznych, standaryzacji terapii, nowych leków i procedur, a także pierwszych technologii cyfrowych i big data. Leczenie stawało się bardziej skuteczne, ale nadal skupione było głównie na interwencji w momencie choroby.

Kolejnym etapem jest rozwój medycyny 3.0,  następuje przesunięcie akcentu w stronę profilaktyki, stylu życia i dobrostanu (well-being). Zdrowie rozumiane jest szerzej – jako zdolność do życia w dobrych warunkach fizycznych, psychicznych i społecznych. Medycyna 3.0 łączy biomedycynę z psychologią, socjologią, urbanistyką i zdrowiem publicznym. Obejmuje dietę, aktywność fizyczną, sen, relacje społeczne, a nawet krajobraz i przestrzeń, w której żyjemy. To spojrzenie całościowe – traktujące zdrowie nie jako punktowe leczenie, lecz jako długofalową troskę o habitat człowieka.

Bibliografia do aneksu

Rosen G. A History of Public Health. Baltimore: Johns Hopkins University Press; 2015.

Sackett DL, Rosenberg WM, Gray JA, Haynes RB, Richardson WS. Evidence based medicine: what it is and what it isn’t. BMJ. 1996;312(7023):71–72.

Timmermans S, Berg M. The Gold Standard: The Challenge of Evidence-Based Medicine and Standardization in Health Care. Philadelphia: Temple University Press; 2003.

Huppert FA, So TT. Flourishing Across Europe: Application of a New Conceptual Framework for Defining Well-Being. Social Indicators Research. 2013;110(3):837–861.

Huppert FA, So TT. Flourishing Across Europe: Application of a New Conceptual Framework for Defining Well-Being. Social Indicators Research. 2013;110(3):837–861.

World Health Organization. Global Report on Urban Health: Equitable, Healthier Cities for Sustainable Development. Geneva: WHO; 2016.

 

Artykuł realizowany w ramach cyklu „Medycyna stylu życia”
Dotychczas w cyklu ukazały się m.in.:

Bezpieczna turystyka górska jako element profilaktyki. Rozmowa z przewodniczką Anną Śliwą
Zdrowie i szczęście: od marzenia do codziennej praktyki medycznej

Wierni towarzysze i "narzędzia nauki": psy w służbie ludzkiego zdrowia

Przestrzeń jako czynnik zdrowia publicznego: od miast-ogrodów do orlików i ścieżek rowerowych

POPUL/SP/0093/2023/01
Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II"
Logo Rzeczypospolitej Polskiej Logo programu Logo ministerstwa nauki