Pochodzę z gór, z pogranicza Beskidu Sądeckiego, Wyspowego i Pogórzy i góry miałam od dziecka na wyciągnięcie ręki. Były czymś naturalnym. Na tyle, że wycieczki “w góry” specjalnego entuzjazmu nie budziły. Dopiero pod koniec średniej szkoły zaczęłam chodzić po szlakach z własnej woli. A tak naprawdę uświadomiłam sobie, że to lubię, gdy przeprowadziłam się do Lublina, gdy gór za oknem zabrakło. Tam trafiłam na kurs przewodnicki SKPB Lublin. Nie planowałam zostać przewodnikiem (to samo wyszło przy okazji). Chciałam po prostu więcej bywać w górach.
Przede wszystkim dlatego, że to świetna przygoda, a także możliwość spotkania naprawdę wspaniałych ludzi- zarówno swoich współkursantów, jak i przewodników prowadzących szkolenie. Relacje, jakie budują się podczas takiego szkolenia trwają bardzo długo.
To jednak nie wszystko. Kurs uczy odpowiedzialnego chodzenia po górach, po szlakach, jak i poza nimi. Kurs uczy radzenia sobie w trudnych sytuacjach, organizacji wyjazdów, pokazuje, że można wyjść z różnych, czasem trudnych sytuacji. Uczestnicy dowiadują się bardzo dużo o Beskidach, Pieninach, ich topografii, przyrodzie, historii, ale co tak samo ważne poznają swoje możliwości i przesuwają granice. Przekonujemy się, że można chodzić po górach nocą albo przejście kilkudziesięciu kilometrów bez snu w ciągu 24 godziny to nie jest wyzwanie tylko dla zawodowców. Podczas kursu zdobywa się doświadczenie, które procentuje przy samodzielnej organizacji wyjazdów.
Najważniejsza to umiejętność orientacji w terenie bez używania elektroniki. GPS czy smartfon z odpowiednią aplikacją są pomocne, ale zawodne. Mogą się rozładować, uszkodzić, stracić sygnał, a umiejętności “analogowe” zawodzą znacznie rzadziej. Kurs uczy też obecnie jak łączyć ze sobą umiejętności analogowe oraz zalety płynące z używania elektroniki. Druga kluczową umiejętnością jest organizacja wyjazdów, od przygotowania logistycznego po elastyczne reagowanie w terenie np w związku z niekorzystnymi warunkami pogodowymi. Strona mentalna to przede wszystkim zdobycie pewności, że można sobie poradzić w różnych, czasem wymagających warunkach. Wiele osób przychodzących na kurs początkowo w ogóle nie bierze pod uwagę, że kiedykolwiek mogłaby chodzić po górach nocą. Tymczasem okazuje się, że to wcale nie jest tak wymagające, a czasem nocą chodzi się łatwiej niż w ciągu dnia. Kolejny ważny element to samoświadomość- poznanie własnych granic i zrozumienie jak nasz organizm reaguje na wysiłek, brak snu, długotrwałe zmęczenie. Na kursie poznaje się te granice w warunkach “kontrolowanego eksperymentu”, pod okiem kadry, w pełni bezpiecznie. To zawsze jednak intensywne doświadczenie, które pomaga przełamać wewnętrzne bariery.
Z tymi umiejętnościami wiąże się odpowiedzialność: za siebie i za osoby, z którymi chodzi się po górach lub podróżuje. Świadomość własnych możliwości i obserwacja, jak organizm reaguje w różnych warunkach, sprawiają, że później podchodzimy do planowania wyjazdów z większą rozwagą i odpowiedzialnością.
Chyba… oduczyć. Ślepego zaufania elektronice- aplikacjom, licznikom kroków, GPS-owi. Góry wymagają patrzenia w teren, a nie chodzenia z nosem w ekranie.
Po drugie trudno oduczyć kultu “must see", są fotki na Instagramie i polecenia na blogach więc każdy musi tam być. Zalewają nas zdjęcia, rolki, filmiki często mocno podrasowane, które dają wrażenie, że tylko w tym miejscu będzie pięknie. Tymczasem wystarczy czasem przejść drugą stroną doliny albo wejść na sąsiedni szczyt by mieć podobne lub nawet ładniejsze widoki i cieszyć się nimi bez tłumów.
Bardzo częstym błędem jest dobranie nieadekwatnego sprzętu, do tego, co chce się w górach robić. Coraz częściej widzę, że początkujący zaczynają od bardzo drogiego, specjalistycznego ekwipunku - np. butów czy kurtek, które w praktyce nie są im potrzebne. Oczywiście, warto mieć solidne buty na dobrej podeszwie i stabilizujące kostkę, ale trzeba je dobrać do terenu. Dziś nie zawsze oznacza to ciężkie, sztywne obuwie – nowoczesne konstrukcje sprawiają, że również buty niskie zapewniają odpowiednią stabilizację. Sprzęt nie chodzi za nas i bez umiejętności oraz wiedzy, choćby minimalnej o tym, gdzie się idzie może wcale nie pomóc, a czasem wręcz zaszkodzi.
Coraz więcej osób decyduje się chodzić w góry zimą, a tu błędy sprzętowe mogą być szczególnie kosztowne. Do świadomości turystów przebiło się już, że w Tatry zimą chodzi się w rakach, z czekanem i w kasku. Problem w tym, że wielu sądzi, iż samo posiadanie tego sprzętu wystarczy. Niestety, to tak nie działa. Tego sprzętu trzeba się nauczyć używać to raz. Dwa, to raków czy czekana nie używa się wszędzie i w każdych warunkach- trzeba umieć z niego korzystać i wiedzieć, kiedy faktycznie jest potrzebny. W dolinach czy w kopnym śniegu raki raczej przeszkadzają niż pomagają.
Z drugiej strony popularne w ostatnich latach “raczki” bywają traktowane jako tańszy zamiennik raków, co stwarza zagrożenie. Jestem wielką fanką raczków i sama ich używam, ale trzeba pamiętać, że one się nie nadają na skalisty, stromy teren bo nie mają zębów z przodu umożliwiających wbicie się w zbocze. Za to na trasach w beskidach, Pieninach, Sudetach czy w dolinach w Tatrach znacząco zwiększają przyczepność i usprawniają chodzenie, szczególnie przy oblodzeniu.
To temat rzeka. Wydaje mi się, że najważniejsze to dobrać sprzęt do tego, co chcemy w górach robić. Nie ma sensu kupować butów wysokogórskich jeśli planujemy wędrować po Beskidach latem albo kurtki za kilka tysięcy złotych, gdy w góry wybieramy się tylko kilka razy w roku w ciepłym sezonie.
Buty trzeba dobierać przede wszystkim do terenu. Powinny mieć stabilną, przyczepną podeszwę - warto sprawdzić w opisach obuwia do jakiego rodzaju podłoża jest przeznaczona. Zbyt twarda podeszwa w Beskidach spowoduje dyskomfort, a zbyt miękka na skałach skończy się obolałymi stopami. Do tego dochodzi stabilizacja stawu skokowego, co nie zawsze oznaczna wysoką cholewkę. Nowoczesne konstrukcje obuwia zapewniają ją także w modelach niskich. Materiał (skóra, nubuk, syntetyki, membrana lub jej brak) to już kwestia indywidualna. Ważne, by buty były dobrze dobrane do stopy – najlepiej pół numeru większe niż codzienne, ze względu na naturalne przy wysiłku puchnięcie stopy oraz jej ułożenie pod kątem na zejściach czy podejściach. Producenci obuwia stosują też różne kopyta i to, co pasuje jednej osobie, innej może zupełnie nie odpowiadać. Dlatego mierzenie butów przed zakupem to podstawa.
Z plecakiem jest podobnie. Najpierw trzeba określić przeznaczenie – długość wyjazdów i ilość sprzętu – a potem zwrócić uwagę na system nośny. Plecaka wbrew pozorom nie “nosi się” na plecach, a na biodrach. Dobrze dobrany model odciąża barki i kręgosłup. Ważne jest dopasowanie do sylwetki, wzrostu oraz płci. Źle dobrany plecak szybko zemści się bólem pleców czy mięśni.
Odzież warto kompletować systemowo, a nie kupować chaotycznie to, co akurat wpadnie w oko. W góry ubieramy się warstwowo - warstwa bazowa odprowadzająca wilgoć i pomagająca regulować termikę, na to izolacja (bluzy, kurtki ocieplane), a na wierzch ochrona przed wiatrem czy deszczem – kurtka membranowa lub softshell. Latem oczywiście wystarczy warstwa podstawowa. I jeszcze jeden szczegół, który robi ogromną różnicę: dobre skarpety. Funkcjonalne, odprowadzające wilgoć modele z płaskimi szwami czy wzmocnieniami w newralgicznych miejscach potrafią oszczędzić sporo dyskomfortu.
Najbardziej oczywiste przykłady to sprzęt wspinaczkowy – on wprost ratuje życie, choćby w sytuacji odpadnięcia od ściany. Równie istotny jest też kask, chroniący przed spadającymi kamieniami. Sama miałam przypadek, gdy z wysokości oderwał się spory sopel lodu i uderzył mnie w głowę. Na szczęście miałam kask – sopel zsunął się po nim bez większych konsekwencji. Nie wiem czy skończyłoby się tak ulgowo, gdyby mnie uderzył w nieosłoniętą głowę.
Jeśli chodzi o sprzęt trekkingowy, świetnym przykładem są raczki. Jestem przekonana, że dzięki nim udało się uniknąć wielu kontuzji i niejedna osoba bezpiecznie zeszła ze szlaku zamiast zakończyć wycieczkę na urazówce.
W dłuższej perspektywie elementem wyposażenia, który realnie wpływa na nasze zdrowie są kije trekkingowe. To nie tylko „podpórka” czy pomoc przy podejściu – ich główną rolą jest odciążenie stawów. Szacuje się, że przejmują około jednej trzeciej ciężaru, który normalnie spoczywałby na kostkach i kolanach. Najbardziej docenia się to na zejściach, bo właśnie one są najbardziej kontuzjogenne. Czasem kije potrafią dosłownie uchronić przed upadkiem, ale prawdziwa ich wartość ujawnia się wtedy, gdy używa się ich regularnie – zanim pojawią się problemy ze stawami bo lepiej zapobiegać niż leczyć. Niestety, wielu turystów zaczyna sięgać po nie dopiero wtedy, gdy te kłopoty już się pojawią.
Góry stale uczą mnie czegoś nowego, a wciąż i nieustannie trudnej sztuki rezygnacji i odpuszczania. Ale przede wszystkim, nauczyły mnie doceniania prostych, małych rzeczy. Suchego miejsca do spania, ciepłego śpiwora po zimnym dniu, tego, że można zjeść ciepły posiłek albo odpocząć podziwiając piękne widoki.
Jedna rada to trochę trudne, ale chyba to załatwi sprawę: Bądź cierpliwy(a). Nie musisz od razu wejść na Rysy (i to zimą). Zacznij od spokojnych tras, nabieraj doświadczenia i przede wszystkim ciesz się samym byciem w górach, ich atmosferą, widokami, energią. To nie jest wyścig, kolejny wyczyn do zaliczenia. To są góry. One czekają więc i Ty możesz.
Artykuł realizowany w ramach cyklu „Medycyna stylu życia”
Dotychczas w cyklu ukazały się m.in.:
Miasto jako zdrowy habitat człowieka. Rozmowa z Marcinem Skrzypkiem
Zdrowie i szczęście: od marzenia do codziennej praktyki medycznej
Wierni towarzysze i "narzędzia nauki": psy w służbie ludzkiego zdrowia
Przestrzeń jako czynnik zdrowia publicznego: od miast-ogrodów do orlików i ścieżek rowerowych