Autorka artykułu: Agnieszka M. Polak
Epidemie nie znały granic. Statki i szlaki handlowe przenosiły zarazę szybciej, niż państwa potrafiły reagować. Nic dziwnego, że właśnie w XIX wieku pojawił się pomysł międzynarodowej współpracy. W 1851 roku w Paryżu zwołano pierwszą Międzynarodową Konferencję Sanitarną. Jej celem było uzgodnienie wspólnych zasad ochrony portów przed cholerą i innymi chorobami zakaźnymi. Był to początek globalnych prób walki z epidemiami.
Kilkadziesiąt lat później, w 1907 roku, w tym samym mieście powstał Międzynarodowy Urząd Zdrowia Publicznego (OIHP). Instytucja ta wyznaczała standardy i gromadziła informacje o zagrożeniach, które mogły szybko rozprzestrzenić się na cały świat.
Choroby zakaźne nie znają granic. Dlatego od początku istnienia WHO powraca pytanie: jak pogodzić potrzebę globalnej współpracy z prawem państw do samodzielnego decydowania o swojej polityce zdrowotnej? To właśnie w tym napięciu działa Światowa Organizacja Zdrowia. Od 1948 roku tworzy standardy, reaguje na epidemie, ale nie zawsze ma realne narzędzia, by egzekwować swoje decyzje.
Przykładem są Międzynarodowe Przepisy Zdrowotne (IHR), które nakładają na państwa obowiązek zgłaszania zagrożeń dla zdrowia publicznego. Brzmi to poważnie, ale w praktyce wszystko opiera się na dobrej woli rządów. Gdy w 2003 roku w Chinach wybuchła epidemia SARS, władze początkowo ukrywały informacje o wirusie. To opóźniło reakcję WHO i pozwoliło chorobie wymknąć się poza Azję.
Podobne konflikty widać było podczas pandemii COVID-19. WHO rekomendowała testy, izolację i szczepienia, ale część państw, na przykład Stany Zjednoczone podczas prezydentury Donalda Trumpa czy Brazylia pod rządami Jaira Bolsonaro otwarcie kwestionowały jej wskazówki. W Tanzanii prezydent John Magufuli zakazał testów i ogłosił „koniec pandemii”. Organizacja mogła protestować, ale nie miała realnych narzędzi nacisku.
Nawet w przypadku szczepień dzieci, które WHO promuje od lat 70. XX wieku, ostateczna decyzja należy zawsze do rządów narodowych. W Polsce i wielu innych krajach ruchy antyszczepionkowe powołują się na konstytucyjne prawa obywateli, stawiając wolność jednostki ponad zalecenia globalnych instytucji. Pandemia COVID-19 jeszcze wyostrzyła ten konflikt, jedne państwa wprowadzały lockdowny i ścisłe ograniczenia, inne stawiały na wolność obywatelską.
Sukcesy WHO, jak całkowite wyeliminowanie ospy prawdziwej czy niemal całkowite pokonanie polio, były możliwe tylko dzięki współpracy państw. Dlatego najważniejsze pytanie na przyszłość brzmi: czy świat potrafi znaleźć równowagę między globalną solidarnością a narodową suwerennością? To od odpowiedzi na to pytanie zależy skuteczność walki z kolejnymi epidemiami.
W XXI wieku globalne zdrowie staje przed nowymi wyzwaniami: pandemie, nierówności w dostępie do opieki, zmiany klimatyczne. Nie da się już myśleć o zdrowiu wyłącznie w granicach państw, ale też nie można ignorować narodowej suwerenności i odpowiedzialności rządów wobec obywateli. Najtrudniejsze zadanie to znalezienie równowagi między solidarnością międzynarodową a lokalnymi realiami. To wymaga nie tylko procedur i instytucji, ale przede wszystkim ludzi zdolnych łączyć wiedzę z etyką, a prawo – z troską o drugiego człowieka.
W ostatnich dekadach systemy zdrowia publicznego stały się fundamentem bezpieczeństwa społecznego. Zawdzięczamy im lepszą długość i jakość życia, kontrolę chorób zakaźnych. A jednak obok zaufania rośnie nieufność. W czasach, gdy technologia pozwala śledzić nasze ciało coraz więcej osób zadaje pytanie: czy system zdrowia publicznego nie ingeruje zbytnio w naszą wolność, czy nie jest wyrazem nadmiernej kontroli? Smartwatche, aplikacje medyczne, sensory glukozy, paszporty covidowe pozwalają monitorować organizm ludzki, ale też gromadzą dane osobowe. Rodzi się zatem pytanie, kto ma dostęp do tych danych? Czy w przyszłości mogą być one użyte przeciwko nam? Krytycy systemowi wskazują, że zdrowie rozumiane jako brak choroby staje się nadrzędną wartością społeczną, co rodzi niebezpieczeństwo stygmatyzacji i utożsamianie „dobrego obywatela” ze „zdrowym człowiekiem”, co w konsekwencji może prowadzić, że określony styl życia będzie najwłaściwszą normą społeczną. Socjolodzy mówią o medykalizacji życia, swoistym procesie, w którym coraz więcej aspektów codzienności (zmęczenie, menopauza, niepokój, dzieciństwo, starość) staje się problemem medycznym, który “uzależnia” nas od systemu opieki zdrowotnej. W praktyce oznacza to wyjście poza perspektywę pytania: „co czuję?”, ku pytaniu: „co mówią wyniki?”. Jednostka przestaje być tylko podmiotem zdrowia, staje się też jego obiektem, niekiedy też pacjentem bez diagnozy.
Publiczna debata na temat granic systemu jest kluczowa w dyskusji na temat przyszłości demokracji. System zdrowia publicznego nie może skutecznie działać bez zaufania publicznego, jasno wyznaczonych granic, ale i kontroli społecznej. Brak przejrzystości, otwartej debaty jest realnym zagrożeniem nadużyć w zakresie wykorzystywania danych.
Globalizacja zdrowia, rozpoczęta od tworzenia międzynarodowych standardów i programów walki z epidemiami, ujawniła też ogromne nierówności w dostępie do opieki. W wielu regionach świata brakuje lekarzy, sprzętu i podstawowej diagnostyki. W krajach rozwiniętych systemy ochrony zdrowia są coraz bardziej przeciążone, kolejki rosną, a dostęp do specjalistów jest coraz trudniejszy. Kryzysy uchodźcze, starzenie się społeczeństw czy katastrofy naturalne dodatkowo pogłębiają problem.
W tym kontekście telemedycyna nie jest tylko technologiczną ciekawostką, ale koniecznością. Konsultacje online, wideokonferencje czy systemy monitorowania parametrów życiowych dają szansę na przełamanie barier geograficznych, obniżenie kosztów i zwiększenie dostępności usług. Telepsychiatria, teleradiologia czy teledermatologia rozwijają się w szybkim tempie, a e-recepty i cyfrowa dokumentacja medyczna stają się codziennością. W Indiach działa państwowa platforma eSanjeevani, w Afryce drony dostarczają leki i próbki, a w Unii Europejskiej pacjent może zrealizować elektroniczną receptę za granicą. WHO uznaje telemedycynę za priorytet w walce o sprawiedliwy dostęp do opieki.
Pandemia COVID-19 pokazała, jak ważne są te rozwiązania. W wielu krajach telekonsultacje uratowały ciągłość leczenia, minimalizując ryzyko zakażeń. Telemedycyna okazała się kluczowa również w warunkach wojny czy klęsk żywiołowych.
Ale rozwój cyfrowej opieki niesie też zagrożenia. Wciąż istnieje ryzyko wykluczenia cyfrowego, brak internetu, smartfona czy kompetencji cyfrowych ogranicza dostęp do usług. Pojawiają się pytania o ochronę danych pacjentów, jakość diagnoz bez badania fizycznego czy możliwość nadużyć ze strony firm technologicznych. Telemedycyna nigdy nie zastąpi tradycyjnej opieki, może ją jednak skutecznie wspierać, pod warunkiem, że rozwój będzie odpowiedzialny i równy dla wszystkich.
W XXI wieku staje się jasne, że telemedycyna nie jest już opcją, lecz koniecznością. Może stać się narzędziem demokratyzacji zdrowia i globalnej solidarności, ale tylko wtedy, gdy połączymy technologię z etyką, prawem i troską o pacjenta. Najważniejsze pytanie brzmi: czy cyfrowa medycyna będzie w stanie pogodzić globalne strategie zdrowotne z lokalnymi potrzebami ludzi?
Telemedycyna nie jest wynalazkiem XXI wieku. Jej korzenie sięgają znacznie dalej, gdyż do wizji inżynierów i lekarzy sprzed stu lat. Już w 1924 roku amerykańskie czasopismo Radio News opublikowało rysunek pacjenta siedzącego w fotelu i lekarza widocznego na ekranie – urządzenie nazwano „radio-doktorem”. Dla ówczesnych czytelników była to futurologia, dziś przypomina scenę z domowego gabinetu telemedycznego.
Na przełomie lat 40. i 50. XX wieku telemedycyna po raz pierwszy trafiła do praktyki klinicznej. Lekarze z Pensylwanii przesyłali zdjęcia rentgenowskie na odległość kilkudziesięciu kilometrów. Był to moment przełomowy, technologia zaczęła służyć nie tylko komunikacji, ale realnej diagnostyce.
W kolejnych dekadach telemedycyna nabierała tempa. W latach 60. NASA monitorowała zdrowie astronautów na orbicie, a w latach 70. rozpoczęła pilotażowe projekty w rezerwacie Indian Papago w Arizonie. W latach 90. rozwijały się programy telepsychiatrii w Kanadzie i Australii, z kolei w Skandynawii testowano systemy monitorowania pacjentów w odległych regionach. W 2009 roku WHO wydała pierwszy globalny raport na temat telemedycyny, wskazując jej rolę w wyrównywaniu dostępu do opieki zdrowotnej. Pandemia COVID-19 nadała temu procesowi zupełnie nowy wymiar. Dotąd telemedycyna była traktowana jako rozwiązanie awaryjne. W 2020 roku stała się codziennością. Konsultacje online, e-recepty i zdalny monitoring pacjentów na stałe weszły do systemów ochrony zdrowia, zmieniając sposób, w jaki rozumiemy obecność lekarza.
Pandemia COVID-19 ujawniła kryzys systemów ochrony zdrowia na poziomie lokalnym, narodowym i globalnym. W ujęciu filozofa nauki Thomasa Kuhna kryzys oznacza moment, w którym dotychczasowy paradygmat przestaje wystarczać i pojawia się potrzeba zmiany. Tak było również w polityce zdrowotnej. Pandemia wymusiła reorganizację, ale nie zawsze były to zmiany pozytywne. Nierówności się pogłębiały, chaos narastał.
W Polsce COVID-19 obnażył braki kadrowe i sprzętowe, niedofinansowanie i problemy organizacyjne. Jednocześnie przyspieszył proces cyfryzacji. Od marca 2020 roku ograniczono bezpośredni dostęp do placówek, a podstawowa opieka zdrowotna przeszła na teleporady. Ambulatoryjna opieka specjalistyczna działała częściowo zdalnie, w wielu miejscach zawieszano planowe zabiegi i konsultacje. NFZ i Ministerstwo Zdrowia zaleciły teleporadę jako pierwszy etap kontaktu z pacjentem. E-recepty i e-skierowania stały się podstawowymi narzędziami komunikacji. Dla wielu pacjentów i lekarzy była to sytuacja trudna – nie tylko organizacyjnie, ale i emocjonalnie.
Z perspektywy globalnej pandemia otworzyła nowy rozdział w zarządzaniu kryzysami zdrowotnymi. WHO rozpoczęła prace nad konwencją antypandemiczną, której celem miało być wzmocnienie współpracy, wczesne wykrywanie ognisk chorób, równość w dostępie do szczepionek i standardy usług zdalnych. Do dziś dokument nie został przyjęty.
Telemedycyna, choć niezbędna, budziła wiele wątpliwości. Brakowało jasnych zasad korzystania, a nadużywanie teleporad utrudniało diagnozę i leczenie. Najwięcej problemów mieli seniorzy, którzy niekiedy nie potrafili sprawnie posługiwać się sprzętem, Internetem, a którzy bez wsparcia czuli się wykluczeni z systemu. Pandemia pokazała jednak jasno: opieka zdrowotna musi docierać do ludzi, nie ograniczać się tylko do szpitali i przychodni. Przyszłość to nie tylko rozmowy wideo, ale też aplikacje wspierające terapię, analiza danych w czasie rzeczywistym, wspólne systemy informacji i decyzje podejmowane z pomocą sztucznej inteligencji. Żeby jednak ta przyszłość była bezpieczna i równa, potrzebujemy nie tylko technologii, lecz także jasnych zasad prawnych i etycznych, które zagwarantują jakość, bezpieczeństwo i dostępność usług.
Dlatego pytanie pozostaje aktualne: czego pandemia naprawdę nas nauczyła?
Pandemia była próbą dla ludzi, ale także dla systemu ochrony zdrowia. Z jednej strony widzieliśmy ogromne poświęcenie lekarzy, pielęgniarek, ratowników i farmaceutów. Z drugiej, widać było wyraźnie, że instytucje nie były przygotowane na kryzys tej skali. Szpitale funkcjonowały w warunkach przypominających stan wojny: reorganizowane oddziały, brak łóżek, czasem nawet tlenu. Personel medyczny pracował bez wypoczynku, często bez odpowiednich środków ochrony. Decyzje podejmowano w chaosie, pod presją emocji i zmęczenia. W Polsce odnotowano ponad 45 tysięcy zakażeń wśród lekarzy i 108 tysięcy wśród pielęgniarek. Wielu pracowników ochrony zdrowia nie przeżyło tej próby.
Pojawia się więc pytanie: czy system zadziałał, czy raczej został uratowany dzięki indywidualnemu wysiłkowi ludzi? Pandemia ujawniła nie tylko strukturalne braki niedofinansowania, braki kadrowe, niedostatki w organizacji, ale też ludzkie ograniczenia: strach, wypalenie, niechęć do podejmowania decyzji. Nie każdy był bohaterem i nie każdy musiał nim być.
Rzeczywistość była bardziej złożona niż medialny obraz „frontu walki”. Lekarze i pielęgniarki często spotykali się ze społeczną nieufnością, traktowani jako zagrożenie. Rodziny pacjentów tygodniami czekały na wieści, bo system komunikacji nie działał. Ostatnie pożegnania w wielu przypadkach nie były możliwe. Ratownicy medyczni zyskali szczególne uznanie, bo ich obecność była najbardziej widoczna i namacalna. Apteki stały się miejscem pierwszego kontaktu, źródłem wiedzy i wsparcia. Pandemia była więc doświadczeniem dramatów indywidualnych, ale także testem odporności instytucji. I choć system w wielu miejscach się chwiał, to nie upadł – głównie dzięki determinacji ludzi. Pytanie brzmi: czy wyciągnęliśmy z tego wnioski, czy wróciliśmy do starych schematów, czekając na kolejny kryzys?
Od pierwszych konferencji sanitarnych w XIX wieku po teleporady w XXI wieku jedno się nie zmienia: choroby nie znają granic. Pytanie tylko, czy nasze instytucje kiedykolwiek naprawdę je przekroczą.
Miniatura: Symbol telemedycyny: połączenie globu, sieci i krzyża medycznego. Projekt własny, ilustracja generatywna.
Medycyna jako sztuka czytania: ciało w perspektywie tekstu
Ubezpieczenie jako obietnica bezpieczeństwa: od idei do państwa dobrobytu