Uzależnienie jako choroba relacji. Rozmowa z Januszem Koczberskim
Przez czterdzieści pięć lat obserwował, jak zmienia się oblicze uzależnień w Polsce: od „polskiej heroiny” i ruchu hippisowskiego, poprzez lata intensywnego rozwoju MONAR-u, aż po współczesne nałogi behawioralne. Janusz Koczberski, psycholog, terapeuta i współzałożyciel lubelskich placówek MONAR-u, opowiada, jak wyglądała praca z osobami uzależnionymi wtedy i dziś, oraz dlaczego prawdziwa terapia zaczyna się od odbudowy więzi rodzinnych.

Z Januszem Koczberskim rozmawia Agnieszka M. Polak

Jak na przestrzeni 45 lat Pańskiej praktyki zawodowej ewoluowały Pańskie doświadczenia oraz podejście do pracy terapeutycznej?

Kiedy zaczynałem pracę w połowie lat 80., osoby uzależnione to byli przede wszystkim alkoholicy, palacze tytoniu i nieliczni narkomani, głównie używający tzw. polskiej heroiny, sporadycznie leków czy marihuany. Diagnoza była wtedy jasna i stosunkowo prosta. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej: mamy ludzi uzależnionych od rzeczy materialnych, od statusu społecznego, od bodźców, właściwie możemy uzależnić się od wszystkiego. W związku z tym sama koncepcja uzależnienia musiała się zmienić.

W latach 80. osobę uzależnioną postrzegano jako kogoś „wadliwego”, z wyraźnie zaburzonym funkcjonowaniem, zaniedbanego - bo to najczęściej byli jednak mężczyźni. Obecnie może to być osoba pozornie bardzo dobrze radząca sobie w życiu, odnosząca sukcesy, a jednocześnie głęboko uwikłana w swoje nałogi. Rozszerzyła się definicja uzależnienia i poszerzyła grupa osób, które wtórnie doświadczają jego skutków, czyli tzw. współuzależnionych. Uzależniony czerpie z nałogu jakąś formę przyjemności, natomiast współuzależniony doświadcza wyłącznie obciążenia. Jego „nagrodą” jest jedynie chwilowa ulga wtedy, gdy osoba uzależniona funkcjonuje w miarę dobrze.

Najtrudniejsze jest uświadomienie osobom współuzależnionym, że akceptacja istniejącego status quo utrwala cały schemat uzależnienia. Dopiero konsekwentny, wielokrotnie powtarzany i jasno wyrażony sprzeciw stwarza szansę, by osoba uzależniona uświadomiła sobie skalę problemu i podjęła działania prozdrowotne.

Kiedy zaczynałem swoją drogę zawodową, takie koncepcje nie były jeszcze znane.  Nikomu nawet nie przychodziły do głowy. Najczęściej pracowałem z młodymi dorosłymi w wieku od dziewiętnastu do dwudziestu kilku, czasem trzydziestu lat. W tamtym czasie byli oni w pewnym sensie “niezależni”, ponieważ rodziny często się ich „pozbywały”: Były to osoby głęboko zaburzone, które albo same odcinały się od bliskich, albo to bliscy odcinali się od nich.

Później, w monarowskich poradniach, zaczęła pojawiać się rosnąca grupa nastolatków mieszkających z rodzicami, sprawiających trudności wychowawcze, a nierzadko także problemy prawne i zdrowotne. To właśnie wtedy, pod koniec lat 90., wielu z nas zaczęło coraz aktywniej angażować rodziny w proces terapeutyczny. Trend pracy z całym systemem rodzinnym rozwijaliśmy stopniowo, przede wszystkim poprzez szkolenia, praktykę i gromadzone doświadczenia.

W ciągu wielu lat mojej praktyki w psychoterapii uzależnień, dokonało się stopniowe odejście od podejścia konfrontacyjnego na rzecz pracy motywacyjnej, opartej na silniejszym akcentowaniu relacji terapeutycznej oraz integrowaniu różnych metod i perspektyw.

Czarno białe zdjęcie przedstawia czwórkę ludzi idących ulicą. Trzymają kwiaty
Marek Kotański w Lublinie, połowa lat 80. XX wieku. Autor fotografii: Krzysztof Komorniczak, z archiwum Janusza Koczberskiego. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

A jak Pan sądzi, czy w tamtym czasie doświadczenia związane z włączaniem do terapii rodziców dzieci z niepełnosprawnościami mogły wpływać na sposób postrzegania osób uzależnionych i inspirować bardziej systemowe podejście do pracy z ich rodzinami?

Przez pewien czas pracowałem w warsztatach terapii zajęciowej Teatroterapia, które Maria Budzyńska prowadziła przy Teatrze Osterwy. Spotykałem tam rodziców i ich dzieci z różnymi nieprawidłowościami rozwojowymi. W tamtym czasie dominowała między rodzicami i dziećmi relacja oparta na działaniach kontrolno-opiekuńczych. Dzieci były traktowane przez dorosłych jak niepełnosprawne i nadmiernie chronione przed światem. Maria próbowała stopniowo to zmieniać (to była połowa lat 90.), były to początki.

W odniesieniu do uzależnień obserwowałem wtedy podejście bardzo mechanistyczne: terapeuta jako „mechanik”, który ma „naprawić” dziecko. Rodzice często mówili: „Chodzi do Pana tyle miesięcy i nie widzę zmian”. Pytałem: „A ile miesięcy chodzi do Państwa?”. I dodawałem: „Ze mną rozmawia — a z Wami chce ?”. Uświadamiałem rodziców, że rozmowa polega na wzajemnym słuchaniu. Oni mówili: „My mu tłumaczymy”, a ja odpowiadałem: „Nie tłumaczę — słucham”. To słuchanie sprawiało, że dziecko zaczynało odważać się mówić, zwłaszcza wtedy, gdy nie czuło presji ani lęku przed negatywną oceną.

Czarno białe zdjęcie przedstawia dwóch mężczyzn odwróconych tyłem.
Marek Kotański w Lublinie podczas rozmowy z Januszem Koczberskim (od lewej), połowa lat 80. XX wieku. Autor fotografii: Krzysztof Komorniczak, z archiwum Janusza Koczberskiego. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Czy, mimo że był to proces żmudny, długotrwały i chwilami przypominający walkę z wiatrakami, odczuwał Pan satysfakcję?

Często tak — dlatego wciąż wykonuję ten zawód. To jednak satysfakcja dwojaka: z jednej strony radość, gdy młody człowiek, często poraniony i agresywny, zaczyna się otwierać; z drugiej rozczarowanie i trudny ciężar świadomości, że nie potrafi powiedzieć tego rodzicom, albo że oni nie umieją tego przyjąć. To zawsze było dla mnie obciążające.

Jak sobie Pan radził w takiej sytuacji?

Kontynuowałem terapię i starałem się robić swoje, żeby utrzymać relację terapeutyczną przez kilka lat. Największą satysfakcję czułem wtedy, gdy człowiek się otwierał i gdy udawało mi się choć trochę „ożywić” system rodzinny. Często powtarzałem rodzicom,  zwykle dzwoniła mama, że owszem, mogę przyjąć dziecko na terapię, ale najpierw musimy spotkać się jako dorośli, żeby zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi.

Na pierwszym spotkaniu starałem się im uświadomić: jeśli nastolatek zacznie przychodzić do mnie, a ja zbuduję z nim silną relację, to kim oni będą dla swojego dziecka? I bardzo często zapadała cisza. Rodzice uświadamiali sobie, że skoro ze mną dziecko potrafi rozmawiać, a z nimi nie, to coś tu jest do przepracowania. To była moja metoda zmiany ich podejścia: zachęcałem, by uczyli się słuchać, zastanowili się nad swoim zachowaniem i własną rolą. Z tego brała się idea terapii z rodziną.

Jeśli uda się praca z rodzicami, wtedy dziecko może być „terapeutyzowane” w naturalnych warunkach, przez rodziców/opiekunów. Natomiast jeśli rodzice nie są w stanie podjąć takich zmian, a dziecko mimo to potrzebuje terapii, pojawia się problem znalezienia dobrego terapeuty na wiele lat, kogoś, kto potrafi przekonać dziecko do kontaktu, być życzliwy, uważny aż do osiągnięcia przez tego młodego człowieka samodzielności. A pamiętajmy, że dzieci wchodzące w uzależnienia to często dzieci skrzywdzone, poranione, niezwykle wrażliwe. Nawiązanie z nimi kontaktu bywa bardzo trudne. Nawet jeśli uda się znaleźć odpowiedniego terapeutę i zbudować bezpieczną relację, to paradoksalnie może to jeszcze bardziej oddalić dziecko od rodziców.

A co w sytuacji, gdy w proces wychowania coraz silniej wchodzi autorytet zewnętrzny: szkoła, instytucje? Jak wpływa to na relację dziecka z rodzicami?

Kiedyś takim zewnętrznym autorytetem był Kościół, harcerstwo, szkoła, sport czy kluby sportowe. Warto zauważyć, że do 1991 roku funkcjonowały kuratoria oświaty i wychowania; dopiero na mocy ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty przekształcono je w kuratoria oświaty. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wychowanie zostało w pewien sposób „wyrugowane” z przestrzeni publicznej.

W ostatnich latach Kościół również utracił autorytet, między innymi za sprawą szkolnej katechezy, która paradoksalnie przyczyniła się do spadku zaufania młodych. Wcześniej zresztą ten autorytet został dodatkowo osłabiony przez działania instytucjonalne. 

Harcerstwo już wcześniej straciło swoją pozycję społeczną, gdy w okresie PRL część zaufania społecznego została nadwyrężona, m.in. wskutek jego upaństwowienia i podporządkowania ówczesnym realiom politycznym. W efekcie rodziny zostały zupełnie same z wychowaniem.  Co więcej nie są to już rodziny wielopokoleniowe, lecz małe, izolowane, samotne gospodarstwa domowe, pozbawione wsparcia i społecznego „zaplecza”. Nikt nie uczy rodziców, jak przyjąć nowego człowieka. A to przecież wymaga czasu, potrzeba kilku dni, by w ogóle zrozumieć, kto się urodził. W starożytnym Egipcie w traktatach adopcyjnych pisano: „Mam zaszczyt adoptować cię i wychować na mądrego człowieka”. A dziś często wychowujemy dzieci według schematów, nie zastanawiamy się nad ich temperamentem, nad tym co lubią, czego nie lubią. Szukamy tego co da się ująć w tabelę. Rodzicom przekazywano gotowe instrukcje: karmić mlekiem sztucznym, karmić co trzy godziny, trzymać się sztywnego planu. W efekcie naturalne karmienie często zastępowano sztucznym, nie z potrzeby dziecka, lecz dlatego, że tak przewidywał schemat, a nie relacja z nowo narodzonym człowiekiem, a przecież przychodzi na świat nie projekt, lecz człowiek. 

Podobne zjawisko obserwuję w medycynie: kiedyś fundamentem była przysięga i związany z nią etos,  poczucie osobistej odpowiedzialności, relacja oparta na zaufaniu i indywidualnym podejściu. Dziś dominują standardy postępowania, procedury, a pacjent i lekarz stają się w systemie „świadczeniobiorcą” i „świadczeniodawcą”. W takim układzie łatwo traci się przestrzeń na naturalny, wspierający wpływ, który płynął z autorytetu i osobistej relacji.

Jak zaczęła się Pana droga zawodowa?

Studenckie praktyki po trzecim roku odbyłem w Ośrodku MONAR w Zaczerlanach, trzecim ośrodku w Polsce. Od sierpnia 1983 roku aż do momentu powołania placówek MONAR na Lubelszczyźnie jeździłem tam co najmniej raz w miesiącu na kilka dni. Pod koniec studiów, wspólnie z grupą entuzjastów związanych ze Stowarzyszeniem MONAR, rozpoczęliśmy starania o utworzenie trzech placówek na terenie Lublina i regionu: Punktu Konsultacyjnego w mieście, Ośrodka Rehabilitacyjno-Readaptacyjnego oraz Hostelu dla Osób Uzależnionych (ten ostatni działał bardzo krótko).

Z konieczności objąłem funkcję kierownika Punktu Konsultacyjnego i jednocześnie uczestniczyłem w organizowaniu Ośrodka. Po zakończeniu studiów zatrudniłem się na Wydziale Pedagogiki i Psychologii UMCS, ale po roku zrezygnowałem, decydując się na pełnoetatową pracę w MONAR-ze.

Na początku lat 80., kiedy MONAR dopiero powstawał, dużo czasu spędzałem w Chatce Żaka, ale też spacerowałem po tzw. “lubelskim Bajzlu”, chodziłem po Starym Mieście, po Kalinowszczyźnie, Dziesiątej, Śródmieściu, po ulicy Lubartowskiej. Ulice były wtedy niebezpieczne, pełne bandytów i ludzi zagubionych. Chodziłem tam świadomie, po to, by nawiązywać relacje. Widziałem, jak wielu ludzi cierpi. I tego właśnie nauczył mnie Marek Kotański.

Czarno-białe zdjęcie przedstawia dwóch mężczyzn stojących obok siebie.
Od prawej: Janusz Koczberski i Marek Kotański. Zdjęcie wykonane w Lublinie w połowie lat 80. XX wieku. Autor fotografii: Krzysztof Komorniczak, z archiwum Janusza Koczberskiego. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Jakim człowiekiem był Marek Kotański?

Był bardzo eleganckim człowiekiem, ale podchodził do bezdomnej osoby na Dworcu Centralnym, pochylał się nad nią, przytulał ją  i mówił: „Chodź ze mną. Pomogę ci”.  Jednocześnie miał trudny charakter. Był człowiekiem idei, który za wszelką cenę dążył do jej realizacji. Bywał manipulantem, ale robił to po to, by dopiąć to, co uważał za słuszne. Dużo mówił, ale też bardzo dużo robił. Niektóre pomysły były trudne do przyjęcia, jak choćby blokada sklepów alkoholowych. Z kolei „Łańcuch Czystych Serc” od morza do Tatr naprawdę mu się udał.

Poznaliśmy się w 1983 roku, podczas moich studenckich praktyk wakacyjnych. Najpierw pojechałem na Hożą do MONAR-u. Kotański spojrzał na mnie jak na pluskwę, nie przepadał za psychologami, zwłaszcza studentami psychologii. Po krótkiej rozmowie skierował mnie do Zaczerlan i tam udało mi się go do siebie przekonać. Później spotykałem go w ośrodku i nie tylko wielokrotnie i obserwowałem „w akcji”, zwłaszcza podczas ośrodkowych “społeczności”.

Gdy byłem na piątym roku studiów jeździliśmy po różnych miejscach, załatwiając sprawy związane z tworzeniem placówek. To były jeszcze czasy komuny, organizacja placówek nie była łatwa. Pierwszy punkt konsultacyjny powstał na ulicy Niecałej w Lublinie, obok dawnego pogotowia ratunkowego, w budynku zagrzybionej i zdewastowanej dawnej stajni. Podejmowaliśmy próby zaadaptowania do użytku pałacyku w Łopienniku, który znajdował się na drodze do Zamościa. Był to piękny budynek, ale remont i doprowadzenie go do użytku okazało się zbyt kosztowne. Z zasobów miasta dostaliśmy starą szkołę w Majdanie Kozic Dolnych — nazwaliśmy go  Makondo.

Trzecią placówką był hostel w Kraczewicach koło Poniatowej. Działał on krótko. Mieli tam mieszkać neofici i pracować w PGR-ze. Po dwóch latach okazało się, że nie da się tego utrzymać. Zostały tylko dwie placówki, które przetrwały próbę czasu.

Co sprawiło, że liczba osób uzależnionych tak znacząco wzrosła w latach 80.? 

W latach siedemdziesiątych XX wieku w Polsce dynamicznie rozwijał się ruch hippisowski. Peerelowska rzeczywistość nie sprzyjała jego funkcjonowaniu, a mimo to subkultura rosła w siłę. Jednym z jej ważnych elementów stało się wspólne zażywanie substancji psychoaktywnych, które były wówczas trudno dostępne.

Część młodych ludzi zwracała się ku „Naturze”: palili konopie siewne, eksperymentowali z grzybami halucynogennymi, szukali skutecznych sposobów pozyskiwania opioidów z maku lekarskiego. Inni wybierali farmaceutyki, dostępne jeszcze w aptekach. Ich „złoty okres” zakończył się wraz z wycofaniem Tinctura Opii Simplex. Potem poszukiwano leków takich jak Parkopan, Relanium czy Elenium, choć ich cena na czarnym rynku była wysoka.

Przełom nastąpił pod koniec lat 70., gdy opracowano technologię produkcji tzw. polskiej heroiny zwanej kompotem. To wydarzenie zmieniło zarówno rynek substancji, jak i sam ruch hippisowski. Uzależnienia zaczęły narastać lawinowo, a ich skutki, szczególnie objawy odstawienne, okazały się dramatyczne.

Dlaczego wybrał Pan pracę z osobami uzależnionymi?

Chodziłem do dość specyficznej szkoły, a mianowicie do Technikum Leśnego w Brynku koło Tarnowskich Gór. Przez pięć lat mieszkałem w internacie, w którym subkultura hippisowska była bardzo żywa, choć głęboko zakonspirowana. To właśnie tam zetknąłem się po raz   pierwszy z osobami eksperymentującymi z tinctura opii simplex, kroplami żołądkowymi, Astmosanem, Parkopanem, Relanium, Elenium. Konopie rosły na polach, a to wszystko oczywiście było nielegalne, milicja reagowała ostro.

Internat był miejscem licznych napięć i młodzieńczych buntów. Tam po raz pierwszy uświadomiłem sobie, jak silnie ludzie różnią się wrażliwością, jak mechanizmy psychologiczne ograniczają wolność, determinują wybory i kształtują decyzje. To był mój pierwszy krok ku psychologii.

Nie od razu jednak zostałem psychologiem. Dwa razy zdawałem na studia, za każdym razem zdawałem egzamin, ale zabrakło mi punktów (wymagana średnia ocen z egzaminu wstępnego to było wówczas 4,75 przy pięciostopniowej skali i 22 osoby na jedno miejsce). Po drugim podejściu proponowano mi dodatkowy egzamin na pedagogikę, lecz zawiadomienie otrzymałem po terminie. W tym czasie podjąłem pracę w leśnictwie nad Zalewem Sulejowskim i zacząłem układać sobie życie.

Mój tata napisał jednak odwołanie, które zostało przyjęte. Zaproponowano mi rok zerowy. Pracowałem jako konwojent-ładowacz na trzy czwarte etatu w Zespole Stołówek i Bufetów w Chatce Żaka. Po dziesięciu miesiącach rozpocząłem pierwszy rok psychologii.

Na trzecim roku zapisałem się, razem z koleżanką, na seminarium magisterskie do dr. Radosława Łukasza Drwala. Zgodził się, byśmy pisali pracę o uzależnieniach, choć w świadomości społecznej „uzależnienia nie istniały”. Ten temat był wówczas tabu.

Tak te dwa światy, moje doświadczenia z młodości i akademicka ciekawość zgłębienia tego tematu u boku mądrego człowieka połączyły się w jedno. Dlatego wybrałem pracę z osobami uzależnionymi.

Jak wyglądały początki Pana pracy z osobami uzależnionymi?

Podejmując pracę z pacjentami uzależnionymi w 1986 roku, po kilku szkoleniach, miałem wiele wątpliwości. Ówcześni pacjenci byli uzależnieni od wyjątkowo toksycznej „polskiej heroiny”, czyli tzw. „kompotu”. Ich życie trwało krótko – wielu z nich umierało po kilku miesiącach, nieliczni po kilku latach. Dożylne podawanie kompotu powodowało ciężkie zaburzenia krążeniowo-oddechowe i liczne infekcje. Decyzje o skierowaniu na detoksykację, która była najczęstszym powodem zgłaszania się heroinistów do MONAR-u, mogły realnie decydować o życiu lub śmierci. 

Co było dla Pana najtrudniejsze na początku tej pracy?

Pacjenci czekający na detoks musieli regularnie zgłaszać się do Punktu Konsultacyjnego raz w tygodniu. Jeśli ktoś nie przychodził, zawsze pojawiało się pytanie: czy on jeszcze żyje?

Śmierć pacjentów była najtrudniejszym doświadczeniem.

Punkty konsultacyjne dawały szansę na rozmowę, choć były to często bardzo trudne rozmowy, prowadzone z osobami skrajnie naćpanymi albo cierpiącymi z powodu silnego zespołu abstynencyjnego. Niekiedy pojawiały się okazje do motywowania, czasem do pogłębionej rozmowy o życiu rodzinnym, ale efekty bywały rzadkie. Uczyły mnie cierpliwości i swoistej sztuki „dialogu monologowego”. Jednak najcięższym doświadczeniem była wysoka śmiertelność pacjentów, ludzi, których poznawałem i którym próbowałem pomóc. Drugim, równie bolesnym obciążeniem było cierpienie rodzin. Widziałem, jak bliscy, często z poczuciem bezsilności, wyrzucali uzależnionego z domu, a później cierpieli jeszcze bardziej, gdy ten umierał.

Jakie znaczenie miał MONAR dla osób uzależnionych w tamtych latach?

Od momentu powstania w 1978 roku MONAR oferował najszersze i najłatwiej dostępne, choć niełatwe, możliwości terapii uzależnień, początkowo wyłącznie od narkotyków. System ten był wyjątkowy na tle innych instytucji: prosty, otwarty i pozbawiony zbędnych formalności. Punkty Konsultacyjne przyjmowały każdego „z ulicy”, a ich personel kierował pacjentów na detoksykację i do ośrodków.

Procedura była klarowna. Wpisywaliśmy pacjenta na listę oczekujących na detoks i ustalaliśmy termin kolejnych wizyt. Podkreślaliśmy, że nieobecność na spotkaniu oznacza wypadnięcie z kolejki i powtarzaliśmy to wielokrotnie, by pacjent dobrze zapamiętał. Dla wielu z nich systematyczne zgłaszanie się było pierwszym krokiem ku terapii. To był moment, w którym zaczynali dostrzegać, że naprawdę na czymś im zależy.

Często rezerwowaliśmy miejsca w ośrodkach stacjonarnych i sami odwoziliśmy pacjentów na terapię. W razie potrzeby podejmowaliśmy też pracę z ich rodzinami. MONAR tworzył spójny, dwuelementowy system – Punkty Konsultacyjne i ośrodki – które wzajemnie się uzupełniały i dobrze współpracowały. Największą barierą były wówczas szpitalne oddziały detoksykacyjne, gdzie liczba miejsc była bardzo ograniczona.

Ogromnym problemem był wówczas status osób zaleczonych, które często były nieprzystosowane do życia i nie miały żadnego oparcia w rodzinie. Dla nich właśnie założtliśmy Hostel w Kraczewicach.

Czego uczyła Pana praca w MONAR-ze o pacjentach i o relacjach z innymi ludźmi?

Organizowanie placówek, udział w szkoleniach i przygotowywanie nowych pracowników uczyły pokory oraz precyzyjnego słuchania i mówienia. Praca z pacjentami wymagała jednoczesnego łączenia ogromnej cierpliwości i wyrozumiałości z konsekwencją, stawianiem i egzekwowaniem jasnych, jednoznacznych granic.

A czego nauczył Pana sam Marek Kotański i atmosfera MONAR-u?

 Przede wszystkim Marek Kotański, jak już mówiłem, modelował nasze postawy wobec osób, które dzisiaj nazwalibyśmy „wykluczonymi”. Okazywał szacunek każdemu, nawet „stałym mieszkańcom” dworców, kanałów czy węzłów ciepłowniczych. Uczył bezgranicznej akceptacji dla wszystkich, może poza psychologami instytucjonalnymi, tych czasami zmuszał do refleksji zawodowej. Wszystkie działania MONAR-u były przesycone jego podejściem. Odwiedzał ośrodki, punkty konsultacyjne, wzmacniał te postawy w codziennej pracy.

Dla większości z nas, a dla mnie na pewno, były to lekcje pokory, akceptacji, słuchania, ale też stawiania granic, jasnej komunikacji i wymagania, najpierw od siebie, potem od innych. MONAR uczył także współpracy: wewnętrznej, ale i z lokalnym otoczeniem. Kadra i pacjenci musieli się wpisywać w społeczność, co nie zawsze było łatwe. Była to także szkoła wyjaśniania i uzgadniania pozornie sprzecznych interesów.

Jak wyglądała atmosfera w MONAR-ze?

W zasadzie było dużo podobieństw. MONAR skupiał zapaleńców, ludzi często bez fachowego przygotowania, ale bardzo wrażliwych, dla których celem nadrzędnym było pomaganie innym. Atmosfera była podobna – zaangażowanie, rozwój osobisty (czytaliśmy z trudem zdobywane książki fachowe, jeździliśmy na szkolenia, warsztaty, kursy, były grupy Balintowskie) i długie dyskusje, które dzisiaj nazwalibyśmy superwizjami wzajemnymi. MONAR w zasadzie nie był sformalizowany – dojrzała Społeczność miała ogromny wpływ na działanie ośrodka, w wielu sprawach miała głos niemalże decydujący.

A czym różniło się to od pracy w Ośrodku Higieny Psychicznej?

W pracę Ośrodka Higieny Psychicznej dla Ludzi Zdrowych angażowali się też ludzie wrażliwi, nastawieni na pomaganie innym, ale jednak po studiach kierunkowych – psychologowie, pedagodzy, czasem socjologowie lub absolwenci filozofii. Nieco podobne do MONAR-owskich reguły pojawiały się też w Ośrodku Higieny Psychicznej – staraliśmy się budować Społeczność w grupach, uruchamiać procesy solidarności i świadomości grupowej. Różnica podstawowa polegała na tym, że w MONAR-ze pacjenci mieszkali w ośrodkach co najmniej kilkanaście miesięcy – byli codziennie w grupie terapeutycznej i nawet jeśli tworzyli jakieś podziemie, to szybko się ono dekonspirowało. Pacjenci na wyższych etapach leczenia też działali terapeutycznie.

Jakie wnioski, może nawet życiowe lekcje, wyniósł Pan z tamtych lat?

Że każdy człowiek zasługuje na szacunek. Że terapia to nie tylko leczenie jednostki, ale odbudowa więzi rodzinnych i wspólnotowych. I że cierpliwość i konsekwencja są równie ważne jak wiedza psychologiczna, że jak się rozmawia, to się to coś wymyśli, gdy rozmawiają ze sobą ludzie, którzy próbują się rozumieć to jest to twórcze i prowadzi do czegoś sensownego. 

Co chciałby Pan przekazać młodym terapeutom, którzy dopiero zaczynają pracę?

By terapeuci zawsze widzieli człowieka, a nie jedynie jednostkę nozologiczną. Żeby naprawdę dostrzec człowieka, trzeba wejść w jego historię, zrozumieć jego ból i to, przed czym ucieka.

Z Pana praktyki: czym różni się empatia, która jest podstawą relacji terapeutycznej, od miłosierdzia rozumianego jako postawa moralna?

Miłosierdzie jest pojęciem religijnym i duchowym, natomiast empatia jest sprawnością neuronalną, wynika z pracy neuronów lustrzanych w korze czołowej i przedczołowej. W moim przekonaniu empatia stanowi fizjologiczny fundament miłosierdzia rozumianego jako postawa moralna.

Empatia to współodczuwanie, możliwość dostrojenia się do emocji drugiej osoby, poczucia tych emocji i nazwania ich. Na przykład wsiadamy do autobusu z robotnikami w listopadowy poranek, pada deszcz, jest zimno. Człowiek potrafi „złapać ten sam klimat” i poczuć to, co oni. Miłosierdzie natomiast jest postawą moralną, która prowadzi do określonych działań.

Jeśli miłosierdzie wypływa z ukształtowanej postawy duchowej, nie jest aktem “zasługi” ani zabieganiem o aprobatę społeczną. Natomiast kiedy ktoś „kupuje sobie” przekonanie, że jest dobrym człowiekiem, to również może stać się formą uzależnienia.

Czarno białe zdjęcie przedstawia trójkę osób stojących przed pomnikiem.
Od lewej: Eleonora Katharina Frankl, Viktor Emil Frankl i prof. Kazimierz Popielski. Zdjęcie wykonane podczas zwiedzania Muzeum na Majdanku i wizyty Viktora Frankla w Lublinie w 1994 roku. Autor fotografii: Krzysztof Komorniczak, z archiwum Janusza Koczberskiego. Wszelkie prawa zastrzeżone.
 
 
 

Co według Pana stanowi o sensie życia?

W 1994 roku odbyło się bardzo kameralne spotkanie z Wiktorem Franklem, w którym uczestniczyło kilka osób, umożliwiło zadanie wielu pytań o fundamentalnym znaczeniu — o sens życia, o relacje z samym sobą, z najbliższymi i z Naturą. Zapytany przeze mnie: „Co jest sensem życia?”, Frankl posłużył się metaforą, która dziś może już brzmieć nieco dwuznacznie. Spojrzał na mnie i zapytał: „A wiesz, czym zajmuje się tartak?”. Odpowiedziałem, że oczywiście wiem: tartak przerabia dłużce, okrągłe pnie ściętych drzew na deski, belki, kantówki — materiał, z którego powstają drzwi, okna, meble, deski do krojenia chleba i niezliczona liczba przedmiotów codziennego użytku. Frankl powiedział wówczas: „Właśnie. A przy okazji powstają trociny, prawda? One są symbolem trudu — i to one stanowią o sensie pracy tartaku, bo drewno już z niego wyjechało, a pryzma trocin rośnie. Jeśli żyjesz pożytecznie dla ludzi, Natury, świata, robisz rzeczy ważne i potrzebne, to powstają także trociny — zmęczenie, zużyte godziny, poświęcone dni, ‘zdarte buty’, zapisane kalendarze. I to również jest dla mnie synonimem pracy w zawodzie.”

Jak dziś diagnozuje się uzależnienie, skoro dotyczy ono nie tylko substancji, lecz także zachowań i różnych form zależności?

Chociaż na początku nie ma ostrych objawów, każde uzależnienie jest destrukcyjne i narasta jak nowotwór, zajmuje stopniowo coraz więcej sfer życia. W pewnym momencie zawsze pojawiają się objawy ostre i dopiero ich kumulacja skłania człowieka do szukania pomocy. Najgorsze jest to, że w tej utajonej fazie cierpią wszyscy. Uzależniony może być trudny, choleryczny, wybuchowy, zakłamany, manipulujący, a potem potrafi szczerze przepraszać, bo naprawdę nie panuje nad tym, co się z nim dzieje.

Gdy pozbawimy go tego, od czego jest uzależniony, pojawiają się kolejne symptomy. Uzależnić możemy się od wszystkiego i dlatego tak ważne jest odróżnienie uzależnienia od zwykłej zależności. To właśnie objawy uzależnienia stanowią podstawę diagnozy, ale też autodiagnozy, kiedy człowiek sam zaczyna rozumieć, co go niszczy.

Gdy przez lata widzi się tyle bólu i zagubienia — czy w ogóle można mówić o recepcie na szczęście?

Koncepcja szczęścia jest dla mnie trudna. Wierzę raczej w stany szczęśliwości, w doraźne odczucia, niż w trwałe „szczęście”. Dla mnie szczęście to satysfakcja z własnego wysiłku. Człowiek jest stworzony do aktywności, kreatywności, tworzenia, poznawania i wchodzenia w relacje społeczne. Szkoła jest pracą, wykonywanie czynności jest pracą, nie mamy innego wyjścia, musimy uczestniczyć w układzie społecznym i w walce o zasoby.

Mam pacjenta, Krystianka. Uzależniony od wielu rzeczy, w tym alkoholu, żyje w kanałach ciepłowniczych, wydaje się być szczęśliwym, bo „jest szefem dzielnicy”. To pokazuje, jak względne może być poczucie szczęścia, często bardziej związane z jakąś potrzebą psychiczną niż z realnymi warunkami życia.

Podobnie jest z pracą. Są ludzie, którzy uzależniają się od niej tak samo jak inni od substancji. Praca staje się ich źródłem przyjemności, poczucia sensu, a nawet tożsamości. Kiedy się im ją odbierze, pojawia się coś w rodzaju „głodu”.

Dlatego trudno mówić o jednej recepcie na szczęście. Często to, co ludzie nazywają szczęściem, jest po prostu spełnianiem ich nawykowych potrzeb, niekiedy wręcz uzależnieniem.

Dziękuję za rozmowę ....

POPUL/SP/0093/2023/01
Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II"
Logo Rzeczypospolitej Polskiej Logo programu Logo ministerstwa nauki