Autorka artykułu: dr n. hum. Agnieszka M. Polak
Kobiece ciało było i pozostaje czymś więcej niż tylko fizyczną materią. W różnych epokach opisywano je jako źródło życia, jako zagrożenie, jako tajemnicę. Zanim pojawiły się pojęcia komórek, hormonów i tkanek, było metaforą i znakiem, który należało zrozumieć, ujarzmić lub ukryć. Cykl menstruacyjny, jeden z najbardziej podstawowych procesów fizjologicznych, został przez wieki wpisany w układy wielu różnorodnych znaczeń. Krew miesiączkowa bywała symbolem nieczystości, grzechu, słabości, ale też siły, odrodzenia i tajemniczej więzi z cyklem natury. W niektórych tradycjach traktowano ją jako świętą, związaną z płodnością i mocą tworzenia. Ciało kobiece, menstruujące, płodne, zmienne, ma swój rytm. A rytm to coś co żyje dynamiką własnej logiki. I może właśnie dlatego od zawsze próbowano go okiełznać tworząc tabu, ukarać dyscypliną lub ukryć w ciemności. Ciało kobiety budziło lęk i fascynację, a to, co wywołuje tak silne emocje, często wyzwala potrzebę kontroli. To napięcie między podziwem a pragnieniem dominacji kształtowało nie tylko symbolikę ciała, ale też realne praktyki wobec niego: od rytuałów wykluczenia po regulacje medyczne i moralne. Fascynacja nie prowadziła do akceptacji, lecz do ujarzmienia. Kobiece ciało, jako źródło życia i zmienności, musiało zostać oswojone: opisane, nazwane, opanowane. W ten sposób to, co naturalne, stawało się polityczne.
Biochemia mówi jasno: rytm hormonalny reguluje nie tylko płodność, ale też nastrój, energię, percepcję. Estrogen, progesteron, LH, FSH nie są abstrakcyjnymi akronimami, ale wewnętrznym głosem organizmu. Prowadzą ciało przez fazy zmiany. Jednak w historii kultury ciało to nie zawsze mogło mówić swoim językiem. Zamiast wsłuchiwać się w jego rytmy, próbowano je regulować, ukrywać, oczyszczać. W wielu tradycyjnych kulturach kobieta miesiączkująca była izolowana: wyłączana ze wspólnoty, oddzielana na czas krwawienia. Krew menstruacyjna zdawała zakłócać rytmy natury, profanować to, co święte, a nawet zagrażać zdrowiu mężczyzn czy plonom. W tradycji żydowskiej, opartej m.in. na zapisach Talmudu, kobieta miesiączkująca była określana jako niddah i obowiązywały ją zasady rytualnej czystości. Przez określony czas nie mogła współżyć, uczestniczyć w pewnych rytuałach ani być dotykana przez mężczyznę. Jednak ta izolacja miała też wymiar ochronny: kobieta zyskiwała przestrzeń do odpoczynku, a kontakt z jej ciałem w tym czasie traktowano z respektem, nie jako profanację, lecz jako przejaw mocy wymagającej oddzielenia. Po zakończeniu cyklu następowało rytualne oczyszczenie w mikwie, łaźni symbolicznie przywracającej jedność cielesną i duchową. Takie praktyki, choć dziś mogą wydawać się archaiczne lub opresyjne, ukazują jednocześnie, że kobiece ciało było objęte systemem znaczeń. W niektórych społecznościach kobiety miesiączkujące zamieszkiwały osobne przestrzenie, tak zwane „domy kobiet”, gdzie nie obowiązywały je codzienne obowiązki, gdzie mogły odpoczywać, rozmawiać, dzielić się doświadczeniem ciała poza męskim spojrzeniem. W kulturze Navajo kobiecy rytm traktowany był z szacunkiem, jako siła potężna, wymagająca uznania. Izolacja miała podwójny charakter wykluczenia i ochrony. We współczesnym świecie ciało kobiece zyskało inny wymiar: medyczny, normatywny (narzucone społecznie (lub kulturowo) normy, oczekiwania i standardy dotyczące kobiecego ciała), komercyjny. Formy kontroli przybrały nowe kształty. Reklamy podpasek, wkładek, tamponów, kubeczków, leków na PMS jasno przekazują: ukryj, zneutralizuj, odzyskaj kontrolę. Miesiączka nie ma istnieć jako część życia, tylko jako coś do zarządzania, skutecznie, dyskretnie, najlepiej z uśmiechem na twarzy. Ciało kobiety ma być przewidywalne, wydajne, gotowe do działania, a jeśli nie jest, to „coś z nim nie tak”. Pojawia się więc przemysł suplementów, hormonalnych zaburzeń, kosmetycznych korekt.
Kultura długo uczyła kobiety, że wartość ich ciała kończy się tam, gdzie kończy się płodność. Że wraz z ostatnią miesiączką gaśnie światło kobiecości. Ale menopauza nie jest zmierzchem. To świt i początek nowej formy wolności niezależnej od cykli, oczekiwań, hormonów i ról przypisanych przez społeczeństwo. To czas, w którym kobieta może wreszcie być dla siebie, nie wypełnia już ról, obowiązków, oczekiwań związanych z wyglądem. A jednak w przestrzeni publicznej ciało kobiece po menopauzie rzadko bywa bohaterem opowieści, a jeśli już, to zwykle w narracjach o braku, utracie, wygasaniu. Jak jest to możliwe skoro jest esencją doświadczenia, które dojrzewa ku przejrzystości, ku mądrości, której nie trzeba udowadniać. Staje się filozofią piękna, które nie musi być widziane, by istnieć.
Taka jest narracja wielu współczesnych kobiet, Emmy Thompson w filmie Good Luck to You, Leo Grande zagrała kobietę, która po latach bycia żoną i matką po raz pierwszy uczy się czerpać przyjemność z własnego ciała. W jednej z najbardziej przejmujących scen jej bohaterka stoi naga przed lustrem. Nie po to, by się ocenić. Po to, by się zobaczyć. Julianne Moore w swych kampaniach o dojrzałym pięknie powtarza: "nie chodzi o zatrzymanie czasu, ale o to, by go nie ukrywać. Zmarszczki nie są wstydem – są mapą". Gillian Anderson (ur. 1968), znana z The Crown i Sex Education, mówi o menopauzie jako o momencie przełomu. Nie tylko aktorki zabierają głos. Darcey Steinke, autorka Flash Count Diary, opisuje menopauzę jak wewnętrzny ogień fizyczny, duchowy, zmysłowy. Przypomina, że delfiny są jedynymi poza ludźmi stworzeniami, które przechodzą menopauzę. I że to właśnie one stają się potem przewodniczkami stada. To nie jest niewidzialność, lecz fakt bycia niezastąpionym. Podobną przestrzeń buduje dziennikarka i pisarka Sam Baker, która założyła podcast i platformę The Shift. Tworzy miejsce dla kobiet 40+ i 50+, które nie chcą znikać, a chcą mówić głośniej. Czasem dosadnie, czasem czule, ale zawsze prawdziwie.
Najbardziej wyrazisty dziś jest głos lekarek, które same przechodziły przez doświadczenie menopauzy. W tym celu stworzyły program łączący wiedzę medyczną z empatią, praktykę kliniczną z codziennym życiem. Dr Louise Newson i dr Jen Gunter podejmują kwestie kobiecej tożsamości w oparciu o rozumienie i akceptację procesów zachodzących w ciele. Dr Louise Newson stworzyła kompendium wiedzy, ale i przestrzeń bezpiecznego słuchania. Prowadzi popularny podcast The Dr Louise Newson Podcast, w którym porusza się tematy menopauzy bez eufemizmów, bez zawstydzania. Założyła też organizację The Menopause Charity, oferującą wsparcie edukacyjne i emocjonalne kobietom na każdym etapie życia. Jej przesłanie jest jasne:
Newson podkreśla znaczenie terapii hormonalnej (HRT), ale nie jako cudownego środka, lecz jednej z opcji, która jeśli dobrze dobrana, może przynieść ulgę i przywrócić jakość życia. Jej celem jest nie tylko leczenie, ale przede wszystkim oddanie kobietom prawa do decyzji o własnym ciele i zmiana systemu medycznego, który przez dekady marginalizował doświadczenie menopauzy.
Z kolei dr Jen Gunter, kanadyjsko-amerykańska ginekolożka, stała się globalnym głosem walki z mitami, pseudonauką i przemysłem wstydu. Jej książka The Menopause Manifesto jest manifestem w dosłownym sensie. Gunter obnaża mechanizm marketingu „anti-aging”. W swoich wystąpieniach i podcastach rozprawia się z językiem medycyny, który traktował kobiece ciało jak „problem do naprawy” albo „zagrożenie do kontrolowania”. Postuluje nowe podejście: opiekuńcze, holistyczne, oparte na szacunku i rzetelnej wiedzy. Obie kobiety tworzą nowy krajobraz rozmowy o menopauzie. Taki, w którym ciało kobiety nie jest milczącym obiektem badań ani tematem zamiatanym pod dywan w chwili gdy staje się bezpłodne. Taki, w którym wiedza staje się narzędziem wolności, a nie kolejnym źródłem lęku.
Bo menopauza to nie diagnoza. To zmiana rytmu. A pytanie brzmi: czy my kobiety nauczymy się tańczyć w tym nowym tempie? Kiedy wiedza staje się językiem empatii, a doświadczenie przestaje być tabu, rodzi się przestrzeń mądrości, niezależnie od etapu życia i roli, którą odgrywamy w świecie społecznym i rodzinnym. To przestrzeń, w której kobiety mogą spotykać się nie w lęku, lecz w solidarności. Bo szczęście nie jest stanem prywatnym. Jest umiejętnością dzieloną we wspólnocie.