Autorzy artykułu: Małgorzata Szczerbo-Trojanowska, Wojciech Szmigielski, Halina Marszałek, Agnieszka M. Polak,
Są ludzie, którzy nigdy naprawdę nie odchodzą. Żyją w kolejnych pokoleniach, w słowach, które o nich pozostają, i w wartościach, które przekazali. Do takich osób należy Profesor Marian Klamut, mistrz, lekarz i nauczyciel, którego obecność wciąż rozbrzmiewa we wspomnieniach i sercach.
Impulsem do ożywienia pamięci o Profesorze Marianie Klamucie była inicjatywa Agnieszki M. Polak i to ona bierze pełną odpowiedzialność za kształt merytoryczny tego przedsięwzięcia. Zaproponowała podjęcie tego tematu na portalu MeStrefy, traktując go jako przestrzeń nie tylko do przypomnienia dorobku Profesora, lecz także do ocalenia od zapomnienia wartości, które reprezentował. Prawdziwego kształtu i głębi nabrała ta inicjatywa dzięki wspomnieniom osób, które znały Profesora osobiście i niosą w sobie pamięć tamtych czasów. Małgorzata Szczerbo-Trojanowska, Wojciech Szmigielski i Halina Marszałek przywołali Jego postać poprzez własne obrazy i emocje, zakorzenione w wieloletniej współpracy i osobistym doświadczeniu. Ich pamięć, wiedza i mądrość sprawiły, że obraz Profesora ukazuje się na nowo – nie tylko jako pioniera polskiej radiologii zabiegowej, lecz przede wszystkim jako człowieka o niezłomnych wartościach, pełnego godności, mądrości i ciepła.
Tak pamięć splata się z życiem, inicjatywa spotyka się ze świadectwem, a wspólne opowieści sprawiają, że Profesor Marian Klamut nadal jest obecny tworząc ważny etap historii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.
Marian Klamut urodził się 6 marca 1930 roku we wsi Wielkie w powiecie lubartowskim. Jego rodzice, Franciszek i Maria z domu Zgodzińska, byli nauczycielami. Ojciec, legionista i Sybirak, zginął tragicznie w 1940 roku, rozstrzelany przez Niemców w gliniankach na Lemszczyźnie (w miejscu tym znajduje się dziś gmach Collegium Universum Uniwersytetu Medycznego przy ulicy Chodźki w Lublinie).
Po ukończeniu szkoły podstawowej Marian Klamut kontynuował naukę w Liceum im. Jana Zamoyskiego w Lublinie. Tam w 1948 roku zdał egzamin maturalny, po czym rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Dyplom lekarza uzyskał w 1954 roku, już w Akademii Medycznej w Lublinie.
W tym samym roku rozpoczął pracę jako asystent w Zakładzie Radiologii AM, kierowanym wówczas przez docenta Kazimierza Skorżyńskiego. W 1957 roku uzyskał specjalizację z radiologii I stopnia, a w 1961 specjalizację II stopnia.
23 października 1963 roku obronił rozprawę doktorską pt. Nowa metoda bezpośredniego uwidocznienia żył wątroby w obrazie radiologicznym (praca doświadczalna na psach), uzyskując stopień doktora nauk medycznych. 24 stycznia 1968 roku przedstawił dysertację habilitacyjną na podstawie monografii Pneumoradiograficzne badanie męskich gruczołów umieszczonych w mosznie oraz chorych z „pustą moszną”. Na podstawie dorobku naukowego oraz pozytywnych recenzji uzyskał stopień doktora habilitowanego nauk medycznych.
Kolejne awanse naukowe przyszły w następnych dekadach: w 1978 roku otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego, a w 1990 roku, profesora zwyczajnego.
Prof. Marian Klamut był człowiekiem, który etykę medyczną rozumiał głęboko i świadomie. Nie ograniczał się do powtarzania hipokratejskich zasad, dostrzegał ich sens i znaczenie w codziennej praktyce. Szacunek dla życia, odpowiedzialność za pacjenta i wierność prawdzie nie były dla niego jedynie deklaracjami, lecz wewnętrznie przyjętym zobowiązaniem. Klamut rozumiał to nie tylko jako wymóg zawodu, lecz jako podstawową prawdę, którą sam później przekazywał swoim uczniom, realizując ją także w pracy naukowej.
Wzmacniały to relacje mistrz–uczeń, które kształtowały go w warszawskich ośrodkach radiologicznych. Jego nauczyciele: prof. Witold Zawadowski, prof. Leszek Zgliczyński i doc. Stanisław Leszczyński, nie tylko przekazali mu wiedzę fachową, lecz także uczyli, że medycyna jest wspólnotą, w której każdy lekarz ma obowiązek dzielić się wiedzą i odpowiedzialnością wobec przyszłych pokoleń. Kolejne doświadczenia zdobywał podczas staży w Moskwie, Leningradzie i Berlinie.
Małgorzata Szczerbo - Trojanowska, inż. Piotr Lubiarz, Alina Zawadzka, Profesor Marian Klamut, Barbara Zdun - Zarańska, Mirosław Woźniak, docent Zofia Bieganowska-Klamut, Kazimierz Mitrut, Maria Mitrut koło Wjciecha Szmigielskiego Fot. Piotr Lubiarz. Archiwum prywatne Wojciecha Szmigielskiego, wszelkie prawa zastrzeżone.
W 1972 roku, z inicjatywy docenta dr. hab. Mariana Klamuta, powstała Samodzielna Pracownia Rentgenodiagnostyki Serca i Naczyń. Została ona włączona w strukturę Instytutu Radiologii Akademii Medycznej w Lublinie, który tworzyły: Zakład Radiologii Ogólnej kierowany przez prof. dr. hab. Ludwika Smajkiewicza, Zakład Neuroradiologii, Zakład Radiologii Pediatrycznej kierowany przez prof. dr. hab. Kazimierza Pietronia oraz Zakład Medycyny Nuklearnej, prowadzony przez prof. dr. hab. Annę Tarkowską.
Pierwszymi pracownikami nowo utworzonej jednostki byli: docent dr hab. Marian Klamut, dr hab. Zofia Bieganowska oraz dr Małgorzata Szczerbo-Trojanowska. W tym samym roku do zespołu dołączył także dr Wojciech Szmigielski.
Była to pierwsza w Polsce samodzielna jednostka zajmująca się radiologią naczyniową, a następnie także radiologią zabiegową. Dzięki staraniom docenta, później profesora Klamuta, pracownia została wyposażona w nowoczesną aparaturę firmy Siemens. Od początku prowadzono w niej działalność diagnostyczną na rzecz szpitali Lublina i Lubelszczyzny oraz intensywną działalność naukową i dydaktyczną. Powstało wiele publikacji i patentów ogłaszanych w kraju i za granicą, które stworzyły fundament rozwoju radiologii naczyniowej w Polsce.
Na fotografii Wojciech Szmigielski z Aliną Zawadzką wykonują badanie angiograficzne na nowej aparaturze Siemensa (ok. 1978 rok) . Fot. Piotr Lubiarz. Archiwum prywatne Wojciecha Szmigielskiego, wszelkie prawa zastrzeżone.
W 1977 roku, dzięki staraniom prof. Mariana Klamuta i przy wsparciu władz wojewódzkich, zakupiono nowoczesną aparaturę firmy Siemens do badań naczyniowych. Modernizacja objęła także rozbudowę bazy lokalowej: pracownia zyskała nowe pomieszczenia, w tym dwie sale zabiegowe, salę konferencyjną, archiwum, pokój lekarski oraz zaplecze socjalne.
Zespół został wzmocniony przez lekarza asystenta dr. Bogumiła Grzechnika oraz inżyniera elektronika mgr. Piotra Lubiarza, a kadrę techniczną stanowiło sześciu techników rentgenowskich. Dzięki lepszym warunkom lokalowym i aparaturowym, a także wysoko wykwalifikowanej kadrze, możliwe stało się znaczne poszerzenie działalności diagnostycznej i wprowadzenie najnowocześniejszych metod z zakresu radiologii naczyniowej i zabiegowej.
24 kwietnia 1984 roku, decyzją Rady Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Lublinie, Samodzielna Pracownia Rentgenodiagnostyki Serca i Naczyń została przekształcona w Zakład Radiologii Sercowo-Naczyniowej i Zabiegowej. W kolejnych latach zespół sukcesywnie się powiększał: w 1984 roku dołączył dr Paweł Rakowski, w 1986 roku dr Bolesław Chorągiewicz i dr Zygmunt Wójcik, a w 1989 roku – dr Marzena Janczarek.
W tym samym roku rektor Akademii Medycznej powierzył prof. Marianowi Klamutowi zorganizowanie Pracowni Neuroradiologii, która weszła w strukturę Zakładu, poszerzając zakres jego działalności diagnostycznej i naukowej.
Działalność naukowa Zakładu koncentrowała się przede wszystkim na zagadnieniach o dużym znaczeniu praktycznym dla współczesnej medycyny. Prowadzono prace nad zastosowaniem embolizacji w leczeniu nowotworów i urazów, nad doskonaleniem materiałów embolizacyjnych, a także nad rozwojem metod angioplastyki, ezofagoplastyki oraz zabiegów z zakresu drenażu i plastyki dróg żółciowych i moczowych. Istotną część badań stanowiły również poszukiwania nowych sposobów leczenia torbieli i ropni.
Część projektów realizowano w ramach centralnych programów badawczo-rozwojowych, co podkreślało znaczenie Zakładu w krajowym systemie nauki. Efektem pracy zespołu było kilkanaście publikacji rocznie, ukazujących się zarówno w czasopismach krajowych, jak i zagranicznych.
Wkład pracowników Zakładu został wielokrotnie doceniony. W 1989 roku zespół otrzymał Nagrodę Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej za osiągnięcia naukowe, a indywidualne wyróżnienia Polskiego Lekarskiego Towarzystwa Radiologicznego przyznano m.in. dr. Wojciechowi Szmigielskiemu (1983 i 1986) oraz doc. Małgorzacie Szczerbo-Trojanowskiej (1986).
Pracownicy Zakładu odbywali liczne staże i szkolenia w ośrodkach zagranicznych, m.in. w Aarau i Sèngalen w Szwajcarii, w Akwizgranie i Berlinie w Niemczech, w Oksfordzie w Wielkiej Brytanii, w Sztokholmie i Uppsali w Szwecji, w Rzymie we Włoszech, w Pradze i Hradec Králové w Czechosłowacji oraz w Denver w Stanach Zjednoczonych. Pod kierunkiem profesora Klamuta czterech lekarzy uzyskało stopień doktora nauk medycznych, a trzech stopień doktora habilitowanego. Pracownicy Zakładu aktywnie uczestniczyli także w działalności towarzystw i organizacji naukowych.
Istotną część działalności prof. Mariana Klamuta stanowiła aktywność w Polskim Lekarskim Towarzystwie Radiologicznym. W 1978 roku zorganizował w Lublinie pierwszy ogólnopolski zjazd radiologów naczyniowych, podczas którego powołano Sekcję Radiologii Naczyniowej i Zabiegowej PLTR. Prof. Klamut został jej pierwszym przewodniczącym i pełnił tę funkcję do 1984 roku, a sekretarzem był w tym czasie doc. Wojciech Szmigielski.
W kolejnych latach kierowanie Sekcją przejęli jego najbliżsi współpracownicy: w latach 1986–1990 przewodniczącą była doc. Małgorzata Szczerbo-Trojanowska, a funkcję sekretarza pełnił dr Paweł Rakowski.
W latach 1980–1989 prof. Klamut przewodniczył Komisji Dydaktyki PLTR. Z jego inicjatywy powstał wówczas unikatowy zestaw dydaktyczny, zbiór zdjęć rentgenowskich z przewodnikiem do ćwiczeń z radiologii klinicznej, który przez wiele lat służył jako podstawowe narzędzie edukacyjne w kształceniu młodych radiologów. Od 1989 roku Komisją kierowała doc. Małgorzata Szczerbo-Trojanowska.
Prof. Klamut angażował się także w prace naukowe na forum krajowym. Już od 1969 roku był członkiem Komisji Doświadczalnej Polskiej Akademii Nauk, co dodatkowo potwierdzało jego pozycję w środowisku medycznym.
Już w latach 60. Profesor Klamut podkreślał, że pielęgniarstwo nie jest jedynie uzupełnieniem medycyny, lecz jej niezbędnym filarem, samodzielną profesją wymagającą wiedzy, odpowiedzialności i solidnego kształcenia. W tamtym czasie była to myśl nowatorska i wyprzedzająca swoje czasy.
Profesor Marian Kazimierz Klamut (1930–2018). Fotografia ze zbiorów Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Autor fotografii nieznany. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Tradycyjnie zawód pielęgniarki postrzegano przede wszystkim jako pomocniczy wobec lekarza, często wykonywany przez osoby bez formalnego przygotowania medycznego lub przez siostry zakonne. Jeszcze w połowie XX wieku w Polsce pielęgniarki kształcono głównie w szkołach średnich i policealnych, a ich praca, choć niezbędna, nie była traktowana jako działalność wymagająca odrębnej wiedzy naukowej ani akademickiego zaplecza.
25 czerwca 1969 roku, z inicjatywy prof. Mariana Klamuta i decyzją Senatu Akademii Medycznej w Lublinie, powołano Wyższe Studium Pielęgniarstwa, pierwszą w Polsce uczelnię wyższą tego typu. Choć wykształciło ono tylko jeden rocznik, trzy lata później, w 1972 roku, zostało przekształcone w Wydział Pielęgniarstwa Akademii Medycznej w Lublinie.
Warto podkreślić, że już wcześniej w regionie Europy Środkowej podejmowano próby akademizacji pielęgniarstwa. W 1960 roku na Uniwersytecie Karola w Pradze uruchomiono studia uniwersyteckie przygotowujące nauczycieli pielęgniarstwa, a dwa lata później podobne programy powstały w Bratysławie. Nie były to jednak odrębne wydziały, lecz formy akademickiego kształcenia w ramach innych jednostek uczelni. Na tym tle utworzenie w Lublinie samodzielnego wydziału stanowiło przełom w skali regionu Europy Środkowo-Wschodniej.
Był to moment przełomowy: pielęgniarki i pielęgniarze uzyskali możliwość zdobywania dyplomu uczelni wyższej, a następnie również stopni naukowych, magistra i doktora. Program kształcenia obejmował nie tylko praktykę kliniczną, lecz także etykę, psychologię, badania społeczne, pedagogikę i zarządzanie opieką zdrowotną. Kandydatami mogły być wyłącznie osoby posiadające dyplom pielęgniarski oraz co najmniej czteroletni staż zawodowy. Na kierunki pedagogiczne i organizacyjne przyjmowano kandydatów z minimum czteroletnim doświadczeniem, a dla osób z dziesięcioletnim stażem przewidziano pełne stypendium, obejmujące również koszty zakwaterowania, w wysokości odpowiadającej najniższemu wynagrodzeniu pielęgniarskiemu.
W latach 1969–1976 pełnił funkcję dziekana nowo utworzonego Wydziału Pielęgniarskiego. W tym czasie nadzorował organizację kształcenia, prowadził działalność dydaktyczną i koncepcyjną oraz otwierał polskie pielęgniarstwo na współpracę międzynarodową.
W latach 1990–1996 profesor Marian Klamut pełnił funkcję rektora Akademii Medycznej w Lublinie. Był to okres przełomowym dla polskiego szkolnictwa wyższego i systemu ochrony zdrowia. Jego Rektorat przypadł na czas transformacji ustrojowej, kiedy uczelnia musiała odnaleźć się w nowych realiach społecznych i gospodarczych. Dyskusja nad przyszłym kształtem uczelni toczyła się zarówno w gremiach akademickich, jak i w szerszym środowisku medycznym. Dotyczyła m.in. konieczności modernizacji programów kształcenia, rozwijania nowych kierunków badań, a także wprowadzenia bardziej elastycznych mechanizmów zarządzania. Istotnym elementem była także kwestia roli Akademii Medycznej w regionalnym systemie ochrony zdrowia. Uczelnia musiała na nowo określić swoje zadania wobec społeczeństwa i gospodarki. Profesor Klamut starał się równoważyć te oczekiwania, podkreślając zarówno wagę dziedzictwa i tradycji, jak i konieczność innowacyjności oraz otwartości na świat.
Pod jego kierownictwem wzmocniono kadrę naukową, tworzono warunki do awansu młodych pracowników oraz rozwijano bazę kliniczną, m.in. rozbudowując szpital przy ul. Jaczewskiego. Wspierał rozwój kierunków medycznych i nauk o zdrowiu, kontynuując wcześniejszą misję związaną z akademickim kształceniem pielęgniarek, którego był inicjatorem jeszcze w latach 60. Szczególną wagę przykładał także do otwarcia uczelni na współpracę międzynarodową, co pozwoliło wprowadzić lubelską Akademię Medyczną w nową epokę w kierunku europejskiej przestrzeni edukacyjnej i badawczej. Czas jego rektoratu zapisał się więc jako czas modernizacji i otwarcia na świat, który umocnił pozycję uczelni w Polsce i poza jej granicami.
Lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku były okresem ożywionej debaty na temat autonomii uczelni medycznych w Polsce. Dyskusja ta obejmowała zarówno relacje z państwem i resortami, jak i wewnętrzne mechanizmy zarządzania. Z jednej strony podkreślano potrzebę samodzielności w zakresie kształtowania programów dydaktycznych, rozwoju badań naukowych czy polityki kadrowej, z drugiej, wskazywano na silne powiązania akademii medycznych z systemem ochrony zdrowia, które wymuszały pewien stopień zależności od decyzji ministerialnych.
W Akademii Medycznej w Lublinie spór ten nie miał charakteru otwartego konfliktu, lecz wyrażał się w praktycznych wyborach i priorytetach rektoratu. Prof. Marian Klamut, akcentując rozwój naukowy i dydaktyczny uczelni, konsekwentnie dążył do wzmocnienia jej pozycji jako instytucji autonomicznej, zdolnej do samodzielnego kształtowania swojej strategii i aspirującej do pełnego uczestnictwa w europejskiej przestrzeni akademickiej. Jednocześnie potrafił godzić tę wizję z obowiązkami wynikającymi z roli uczelni jako kluczowego ośrodka klinicznego dla regionu. Realizacja tej równowagi, między akademicką niezależnością a systemowym zakorzenieniem w ochronie zdrowia, była jednym z najważniejszych wyzwań jego rektoratu.
Dzięki determinacji, wizji i odwadze intelektualnej prof. Mariana Klamuta w Lublinie powstał pierwszy w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej odrębny Wydział Pielęgniarstwa, a jednocześnie rozwinął się jeden z najważniejszych ośrodków radiologii zabiegowej. Profesor widział medycynę jako proces nieustannego uczenia się, wymagający samodyscypliny, odwagi w poszukiwaniu nowych metod i gotowości do weryfikowania własnych przekonań. Dla niego nauka i etyka były nierozerwalne: prawda kliniczna musiała iść w parze z odpowiedzialnością wobec pacjenta i wspólnoty akademickiej.
Szczególnym świadectwem tej postawy pozostaje przemówienie prof. Mariana Klamuta, wygłoszone podczas Zjazdu Sekcji Radiologii Zabiegowej w Kazimierzu Dolnym w 1998 roku, które publikuję w całości w aneksie.
W latach 80., kiedy państwo Wanda i Marian Klamutowie zakupili dom na Węglinie, najwyższe piętro swojego domu profesr nazwał „świątynią słońca”. Było to miejsce refleksji i ćwiczeń, w których poszukiwał równowagi ciała i umysłu. Fascynowała go moc ludzkiego organizmu, potrafił ćwicząc jogę świadomie regulować swoje reakcje fizjologiczne, m.in. zwiększać ukrwienie kończyny czy wpływać na odczuwanie temperatury.
Podróże zagraniczne stawały się dla niego okazją nie tylko do wymiany naukowej, ale i do odkrywania odmiennych tradycji duchowych i stylów życia. Pobyt w Szwajcarii umocnił go w przekonaniu o znaczeniu prostoty i harmonii w codzienności, natomiast spotkanie z Indiami w 1991 roku, podczas jednego z międzynarodowych zjazdów, pozwoliły zobaczyć praktyki jogi. Marian Klamut przeszedł na wegetarianizm i był to świadomy wybór etyczny i zdrowotny.
Te elementy, pozornie odległe od pracy radiologa, w rzeczywistości dopełniały jego postawę życiową: lekarza, który rozumiał człowieka w całej jego złożoności, zarówno cielesnej, jak i duchowej. Dla Profesora medycyna nie była zbiorem technik ani zamkniętym systemem wiedzy, lecz procesem, nieustannym poszukiwaniem równowagi między etosem Hipokratesa a etosem nauki. Z jednej strony troska, odpowiedzialność i wierność pacjentowi; z drugiej, wymóg rzetelności, krytycznej refleksji i poddawania każdej hipotezy próbie weryfikacji.
W tej dialektyce, między doświadczeniem etycznym a naukowym, widział drogę lekarza, którego zadaniem jest nie tylko leczyć, lecz także poszukiwać człowieka i prawdy o nim, stale konfrontując ją z dowodem i praktyką. W relacjach ze współpracownikami pozostawał prawdziwy i wyrazisty, często dosadny w komunikacji swoich racji, czyniło go to postacią charyzmatyczną i autorytarną, której postawa inspirowała do rozwoju.
Przemówienie prof. Mariana Klamuta wygłoszone podczas Zjazdu Sekcji Radiologii Zabiegowej w Kazimierzu Dolnym w 1998 roku stanowi cenne źródło historyczne. Nie jest to jedynie relacja z dziejów polskiej angiografii, lecz także żywy obraz atmosfery, jaka towarzyszyła narodzinom i rozwojowi radiologii zabiegowej w Polsce. Tekst ten odsłania emocje, entuzjazm i trudności, z jakimi mierzyli się pionierzy nowej dyscypliny, a zarazem ukazuje środowisko lekarzy jako wspólnotę, pełną pasji, przyjaźni, ambicji, ale i poczucia misji.
Zapis ten ma również wymiar literacki i wspomnieniowy. Prof. Klamut, w sposób barwny i osobisty, przywołuje postacie wybitnych radiologów, wydarzenia przełomowe, a także codzienność pracy klinicznej i naukowej w realiach Polski drugiej połowy XX wieku. Dzięki temu przemówienie nie tylko dokumentuje rozwój techniki i organizacji medycyny, ale także oddaje ducha epoki, emocjonalne zaangażowanie i poczucie uczestnictwa w wielkim przełomie diagnostycznym.
Publikacja całości tego tekstu, bez wyjątku, jest uzasadniona zarówno jego wartością źródłową, jak i walorami narracyjnymi. Stanowi on unikalne świadectwo pamięci środowiska medycznego, które współtworzyło historię radiologii zabiegowej w Polsce. Decyzję o publikacji materiału źródłowego podjęła Agnieszka M. Polak, za zgodą Profesor Małgorzaty Szczerbo - Trojanowskiej.
Prof.Marian Klamut
Kazimierz Zjazd Sekcji Radiologii Zabiegowej 1998
ŻYCIE TO PRZEDE WSZYSTKIM PRZEŻYCIA, nie będę unikał emocjonalnej, pozaintelektualnej strony wspomnianych wydarzeń.
Angioradiologii od zarania jej dziejów towarzyszyły wielkie emocje, napięcia i ludzkie dramaty. Wspomnijmy mityczny okres, kiedy w 1929 roku Forssmann zcewnikował własne serce i znalazł się w szpitalu psychiatrycznym. Monic robi w tym czasie pierwszą angiografię mózgową, natomiast Dos Santos w rok później wykonuje aortografię brzuszną drogą bezpośredniego nakłucia.
Eksplozję badań naczyniowych umożliwiło dopiero genialne w swej prostocie i do dziś aktualne odkrycie, dokonane przez skromnego szwedzkiego lekarza Seldingera, który nauczył świat bezoperacyjnego wprowadzania cewników do naczyń krwionośnych. Moje najdawniejsze wspomnienia wiążą się, co zrozumiałe, z Lublinem, miastem drzemiącym spokojnie w Polsce »B«. Kaganek naczyniowej oświaty przywiozła tu w 1958 roku prof. S. Szpetowa z Krakowa. Przyjechała wraz ze świtą asystentów, aby nadzorować wykonanie angiografii mózgowej, oczywiście z bezpośredniego nakłucia tętnicy szyjnej. Wśród panującej grobowej ciszy adiunkt w najwyższym napięciu oraz stresie wstrzykiwał środek cieniujący, przy czym Pani Profesor obserwowała bacznie strzykawkę i kolejarskim gwizdkiem dawała głośne sygnały technikom włączającym ekspozycję i ręcznie zmieniającym kasety. Fakt, że wszyscy, łącznie z chorymi, przeżyli, uznano za sukces. W1959 roku, nasz ówczesny szef prof. Kazimierz Skorżyński, wydelegował mnie na organizowany w stolicy kurs pt. „Rentgenodiagno- styka chorób naczyniowych”. Cieszący się wielkim autorytetem warszawski ośrodek radiologii znany mi z opowiadań imponował i zarazem onieśmielał.
NALEŻNE MIEJSCE NA OLIMPIE
zajmowali: legendarny twórca polskiej radiologii prof. Witold Zawadowski i jego zastępca, pełen energii, patrzący w przyszłość, prof. Leszek Szczęsny Zgliczyński. Tuż obok, największy wśród radiologów humanista i erudyta, doc. Stanisław Leszczyński. Nieco niżej w hierarchii plasowali się młodzi gniewni asystenci - lekarze: Janusz Bowkiewicz, Stanisław Kruszewski, Włodzimierz Furman, następnie Rysio Rajszys, i najmłodszy Bogdan Pruszyński.
Mam nadzieje że czcigodny Pan Rektor B. Pruszyński wybaczy mi tę drobną niedyskrecję gdy zdradzę, że wykorzystując swój pisarski talent dorabiał do chudej asystenckiej pensji felietonami w prasie kobiecej, gdzie doradzał paniom jak zachować urodę, wdzięk i seksapil. Natomiast wśród kursantów błyszczał dowcipem, odwagą i dociekliwością najmłodszy chyba uczestnik szkolenia, kolega z Poznania lek. Jerzy Wojtowicz; późniejszy główny animator polskiej radiologii, redaktor „Przeglądu Radiologicznego”, profesor i rektor poznańskiej AM, wywodzący się z Ziemi Lubelskiej, skąd został „wydrenowany” do Poznania.
Podczas kursu urzekały wykłady „zlotoustych” profesorów Leszka Szczęsnego Zgliczyńskiego i Jana Nielubowicza oraz praktyczne pokazy zabiegów, głównie w wykonaniu Janusza Bowkiewicza i Ryszarda Rajszysa. Oglądane po raz pierwszy angiogramy zachwycały wyrazistością obrazów i niezwykłą wprost skalą rozpoznawczą. Niedostępne dla metod konwencjonalnych wnętrza wątroby, śledziony i nerek odkrywały swoje tajemnice, pobudzały wyobraźnię, rodziły nowe pomysły. Patrzyłem więc z zapartym tchem na ten nowy, klarowny świat angiograficznej semiotyki chorób. Nowe możliwości diagnostyczne radiologii poszerzyły niepomiernie ogląd naczyń patologicznych w nowotworach, beznaczyniowych pól torbieli i krwiaków, malformacji naczyniowych, objawów miażdżycy, zmian zakrzepowo-zarostowych w chorobie Burgera, tętniaków, zatorów.
WZRASTAŁA W NAS ŚWIADOMOŚĆ uczestnictwa w wielkim, ewolucyjnym - rzec by można - skokowym wprost przełomie diagnostyki. Budzi się przeświadczenie o ważnej misji, którą należy wypełnić. Wszelako zakłóca sen gorączkowa myśl - jak przenieść wielką nowinę do swoich rodzinnych stron.
To, że całe swoje życie zawodowe i naukowe związałem z angioradiologią zawdzięczam doc. Januszowi Bowkiewiczowi. Mam dziś nieodpartą, wewnętrzną potrzebę przywołania pamięci o Nim i oddania hołdu temu, najbardziej - w moim przekonaniu - zasłużonemu twórcy oraz pionierowi polskiej radiologii zabiegowej. Był człowiekiem wielkiego formatu, wybitnym lekarzem radiologiem o niepospolitej inteligencji, wszechstronnej wiedzy i godnych naśladowania cechach charakteru. Wysoki, szczupły, przystojny, ascetyczny; wyznawał zasadę że: „ Ci, którzy wiedzą mówią niewiele i odwrotnie”. Życie i zawodowe obowiązki traktował nadzwyczaj poważnie. Dla wielu z nas był mistrzem, wzorem oraz ideałem. Prowadził zajęcia praktyczne podczas pierwszego w Polsce kursu naczyniowego ukazując moc rozpoznawczą, elegancję, precyzję i perspektywy rodzącej się nowej subspecjalności. Przyglądał się bacznie kursantom, uważnie ich słuchał, lecz żadnego z zadawanych wówczas licznych pytań nie pozostawiał bez odpowiedzi. Po zakończonym kursie, ku naszemu zdumieniu, niespodziewanie wręczył J. Wojtowiczowi i mnie przywiezione ze Stanów Zjednoczonych zestawy do badań metodą Seldingera ze zwięzłą uwagą: „-Wierzę, że wy tego nie zmarnujecie”.
Dziś mogę przyznać, że pierwsze angiografie nerek wykonywaliśmy na początku lat sześćdziesiątych z zaprzyjaźnionymi asystentami w głębokiej tajemnicy przed szefami
Był to najwspanialszy prezent, o jakim mogliśmy wtedy marzyć, a jednocześnie poważne zobowiązanie, aby nie zawieść pokładanych w nas nadziei i zaufania.
Ponieważ zakup aparatury i sprzętu nie wchodził w rachubę, Janusz Bowkiewicz pozyskuje, dla realizacji swych planów zawodowych, inżynierów oraz obdarzonych zacięciem i kulturą techniczną lekarzy, z którymi wspólnie projektuje seriografy, strzykawki automatyczne, multiskopy; przez kilkanaście lat służyły one znakomicie w różnych ośrodkach radiologicznych 60 kraju. J. Bowkiewicz z uwagą śledził też rozwój an- gioradiologii w Lublinie. Był naszym nieoficjalnym konsultantem, doradcą i przyjacielem. System wartości, którym kierował się w codziennym życiu czynił z niego wzór niemal wszelkich cnót i naturalnego przywódcę. Był mózgiem, sercem i sumieniem środowiska..., ważnym punktem odniesienia. Cechowała go osobista odwaga, poczucie godności, przywiązanie do wolności i niezależności. Brzydził się korupcją i nepotyzmem. Przed laty, w Szwajcarii ryzykując utratę cennego stypendium, odmówił wykonywania angiografii mózgowych dla stwierdzenia śmierci klinicznej u potencjalnych dawców narządów, którzy nie byli uprzednio przebadani i zakwalifikowani przez odpowiednia komisję. Żył w cieniu, nie walczył o stanowiska oraz awanse i apanaże; niepospolite Jego zdolności nie zostały w pełni wykorzystane. Dążył do perfekcji nawet w uprawianym hobby. Świetny taternik, myśliwy i brydżysta, w żeglarstwie uzyskał stopień kapitana jachtowej-żeglugi morskiej. Odszedł przedwcześnie, lecz w wielu z nas pozostawił część swej niezwykłej osobowości.
Po ukończeniu kursu wracałem do Lublina z niezłomnym postanowieniem jak najszybszego wdrożenia badań naczyniowych do diagnostyki klinicznej. Nie przyjmowałem do wiadomości wydumanych przeszkód i rozlicznych uwarunkowań.
ENTUZJAZM I TWÓRCZY ZAPAŁ udzieliły się byłem rektorowi, znakomitemu chirurgowi prof. Feliksowi Skubiszewskiemu. Wprawdzie sam nigdy nie utożsamiał się z rolą pioniera, wypłacił ze szkatuły Uczelni wielką na owe czasy sumę 200 tysięcy złotych z przeznaczeniem na budowę seriografu bębnowego i automatycznej strzykawki. Pamiętam po dziś dzień wykonawcę i jego adres; była to Spółdzielnia „Siła” mieszcząca się w Warszawie przy ul. Dzielnej 72. Po kilkunastu miesiącach prototypowe urządzenia rozpoczęły pracę w Państwowym Szpitalu Klinicznym nr 1. Seriograf był ciężkim, wyłożonym ołowiem bębnem, o sześciu ścianach, do których mocowaliśmy kasety. Przyśrubowany do postumentu i obracany przez najsilniejszego technika wydawał przy swej rotacji niebywały huk, słyszany w całym szpitalu. Klinicyści, choć oficjalnie podziwiali wartość rozpoznawczą angiogramów, nie kwapili się z kierowaniem chorych na rzeczone badania. Dziś mogę przyznać, że pierwsze angiografie nerek wykonywaliśmy na początku lat sześćdziesiątych z zaprzyjaźnionymi asystentami w głębokiej tajemnicy przed szefami. Może dlatego byłem zawsze wyrozumiały, gdy młodzi koledzy robili coś po swojemu; uznałem to za prawo warunkujące postęp.
Szeroką drogę rozwoju radiologii zabiegowej w Lublinie otworzyła wizyta konsultanta krajowego z zakresu chirurgii prof. Kornela Michejdy. Podsunęliśmy mu chętnie kilka angiogramów. Głośno wyraził swój zachwyt, wskazał perspektywy kliniczno-radiologicznej współpracy naukowej, dożył gratulacje i zapowiedział natychmiast udział swego asystenta w szkoleniu. To wsparcie moralne uznawanego powszechnie autorytetu okazało się zbawienne, bowiem w tym czasie rozpoczynano budowę nowego szpitala klinicznego i łatwiej było włączyć do planów pracownię badań naczyniowych. Inwestycja otwierała szerokie możliwości finansowe. Działająca przy Polskiej Akademii Nauk firma Unipan wykonuje eleganckie prototypy sześciokasetowego seriografu z przesuwanym blatem stołu. Obrazy obejmują obszar o wymiarach 120 x 30 cm, co zapewnia pełną aortoarteriografię, nawet u najbardziej rosłych pacjentów. Silniki zapożyczone z pralki „Frania” napędzają bęben i zapewniają skokowy przesuw stołu. Znakomicie spisuje się również polska strzykawka automatyczna z programselektorem. Jedynym zakupem z importu był wówczas zmieniacz błon rentgenowskich firmy Elema-Schónander. Na elektronowy wzmacniacz ekranowego obrazu przyszło nam czekać do 1972 roku. Przez osiem lat cewniki do wybiórczej angiografii zakładaliśmy, po zaadaptowaniu wzroku na ściance do prześwietleń polskiego aparatu XD-12, po czym chory był przenoszony w prześcieradłach na tzw. zmieniacz błon w celu wykonania serii zdjęć. Wszystko to było możliwe tylko przy pełnej ofiarności techników elektroradiologii, którzy czuli się pełnoprawnymi członkami zespołu, współodpowiedzialnymi za rozwój pracowni i wypełnianie pionierskiej misji. Panowała wówczas iście przyjacielska atmosfera. Nic nas nie dzieliło, zwłaszcza, że wszystkich obowiązywała przestrzegana twardo zasada nie przyjmowania od chorych jakichkolwiek upominków, nawet kwiatów i słodyczy. Władze administracyjne i polityczne szpitala niechętnie odnosiły się do bezwzględnego zakazu palenia tytoniu w Pracowni. Z tego powodu publicznie zarzucano mi nawet łamanie praw człowieka!
Zapotrzebowanie na zabiegi wzrosło w roku 1965 do ponad 1000. - w 1972.
TWORZYŁY SIĘ KOLEJKI DO BADAŃ mnożyły się skargi oczekujących na diagnozę klinicystów. Aby zapewnić adekwatny do potrzeb lecznictwa rozwój angioradiologii i stworzyć warunki rodzącej się terapii cewnikowej Rektor powołuje w 1972 roku Samodzielną Pracownię Rentgenodiagnostyki Serca i Naczyń, poleca też dyrektorowi Państwowego Szpitala Klinicznego nr 4 przygotowanie odpowiednich pomieszczeń oraz występuje do Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej z prośbą o zakup wyposażenia dwu sal diagnostycznych.
Na pierwszy przydzielony Pracowni etat zatrudniam wówczas młodziutką lekarkę. Jej staranne wykształcenie, wysoka osobista kultura, ujmująca powierzchowność, pogodne usposobienie, średnia ocen w indeksie - 5 (not celujących wówczas nie przewidywano), biegła znajomość języka angielskiego, zapowiadają idealnego nauczyciela akademickiego i naukowca. Nie muszę Państwu wyjaśniać, że tym ideałem była dzisiejsza Gospodyni Zjazdu Pani Profesor Małgorzata Trojanowska. Myślę, że tą trafną decyzją zasłużyłem na duże brawa.
Tymczasem budowa nowego zakładu natrafia na rozliczne biurokratyczne trudności, podsycane bezinteresowną zawiścią i murem obojętności. Wkrada się w nasze szeregi zniechęcenie, maleją nadzieje. Czuwa jednak Opatrzność. Wnet zadziałało „Deus ex machina’’-, doceniliśmy wtedy rolę przypadku w naszym życiu.
Ówczesny I Sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR, przyjaciel i najbliższy doradca Edwarda Gierka, trafia do nas po niewielkim urazie sportowym z masywnym krwiomoczem. Wykonana dyskretnie w godzinach wieczornych angiografia wykazuje bogato unaczyniony, złośliwy guz nerki. Pacjent patrząc mi prosto w oczy żąda pełnej prawdy. Dzielnie znosi , werdykt. Jest zaskoczony pewnością rozpoznania i podziwia nową metodę diagnostyczną, o której nigdy nie słyszał. Przy okazji kolejnych konsultacji poznaje nasze kłopoty, obiecuje pomoc. Widzimy potęgę władzy „Pierwszego” i blady strach urzędników. Architekt miejski, nieprzejednany dotychczas w swej niechęci do naszych projektów i planów, szybko dostosowuje się i zaczyna udowadniać, że wykonanie dla potrzeb Zakładu nadbudowy szpitala poprawi bryłę budynku. Najlepsze przedsiębiorstwo remontowe przejmuje prace budowlane. Remont ukończony w terminie, standard europejski.
W ostatnich latach przybywa młodych pracowników.
Pracownicy Siemens'a z niedowierzaniem kręcą głowami i w pośpiechu montują aparaturę. Spełnił się sen o najlepszym polskim ośrodku naczyniowym. Teraz trzeba go wypełnić życiem, wykorzystać w pełni do celów diagnostycznych, naukowych i dydaktycznych. Trzeba zadbać, aby miał swą duszę.
Zbliża się pamiętny dzień, tj. 22 września 1978 roku. Do Lublina zjeżdża cała polska czołówka angioradiologiczna na Sympozjum Grupy Diagnostyki Naczyniowej Polskiego Lekarskiego Towarzystwa Radiologicznego. Ośrodek wywołuje wśród zwiedzających duże wrażenie. Gratulacjom i zachwytom nie ma końca. Miłe i dowcipne wpisy do Księgi Pamiątkowej do dziś przypominają atmosferę tamtej chwili.
Zapada decyzja o utworzeniu Sekcji Radiologii Zabiegowej przy PLTR. Władzie Sekcji pozostawały w Lublinie przez kolejne dwanaście lat. Po zakończeniu obrad jedziemy autokarem nad urocze jezioro Krasne. Dziś zupełnie nie pamiętam programu naukowego, lecz głęboko zapadł mi w pamięci ogień płonący w kominku i smak doskonałego wina. Ujawniają się pozaradiologiczne talenty naszych kolegów. Staś Leszczyński wzruszająco i długo deklamuje wiersze Gałczyńskiego, po czym wraz z Rysiem Rąjszysem tańczą obaj na tle lustra wody „Jezioro Łabędzie”. Zyga Wawrzynek daje recital poezji Lechonia, a potem Krysia Reszke inicjuje koncert piosenki biesiadnej, który trwa do północy. Warto docenić dobrą atmosferę życia towarzyskiego, tworzącą nieformalną oprawę każdego Zjazdu.
Odjechali goście, umiera nasz patron i opiekun.
POJAWIAJĄ SIĘ NOWE PROBLEMY
Okazuje się że w socrealizmie łatwiej dostać aparat za milion dolarów niż cewnik za sto, ponieważ o tym dyskutuje i decyduje lokalna komisja niekompetentnych biurokratów. Wiara w Opatrzność czyni cuda! Czy zechce pomóc raz jeszcze? Zechciała!
Szczególną, trudną do przecenienia rolę, zaczęły odgrywać kontakty z radiologią szwajcarską. Wysoko ceniony przez Helwetów (i Helwetki), za dowcip, intelekt, spontaniczność i żywotność, dr Zyga Wawrzynek doprowadza do spotkania na szczycie. Podjęta w 1972 roku przez prof. L. Sz. Zgliczynskiego oraz prof. K. Hohla oraz prof. A. Bekiera z St. Gallen inicjatywa fundowania stypendiów dla polskich radiologów rozwijała się iście spontanicznie i objęła również pozawarszawskie ośrodki kliniczne. Dla Lublina najbliższe stało się Aarau, gdzie zawsze czekał spolegliwy i gościnny dom doc. Wilhelma i Lidii Karpów, a szef Instytutu Radiologii dr Ulrich Tillmann oceniał wysoko profesjonalizm, rzetelność, pracowitość i osobistą kulturę kolegów z Lublina dr dr Pawła Rakowskiego, Zygmunta Wójcika, Bogusława Grzechnika i Bolesława Chorągiewicza.
Niemal rokrocznie wyjeżdżałem tam na dwa lub trzy miesiące; wracałem z bagażnikiem pełnym cewników, prowadników, strzykawek, odbitek prac i książek. Otrzymałem też w darze kilka mało używanych ciemni automatycznych i na wiele lat prenumeratę czasopisma „Radiology”. Kontakty ułatwiała i otwierała wiele drzwi nawiązana w dość dziwnych okolicznościach, sterowana chyba przez niebiosa, przyjaźń z bardzo ważnym urzędnikiem szwajcarskiej służby zdrowia. Z zaskoczeniem i pewnym lękiem przyjąłem jego zaproszenie na kolację do pięknego hotelu w Ro- sensee, gdzie zaproponował mi bruderszaft. Widząc moje zdumienie wyjaśnił powód: obaj urodziliśmy się w tym samym dniu 6 marca 1930 roku, a On ponadto interesuje się astrologią, wierzy w gwiazdy, pragnie porównać nasze losy, charaktery itp. Bez sprzeciwu zaakceptowałem wtedy Jego dewizę, że „Życie jest zbyt krótkie, aby pić kiepskie uńna” i nasza przyjaźń przetrwała długie lata.
Okazuje się, że w socrealizmie łatwiej było dostać aparat za milion dolarów niż cewnik za sto, ponieważ o tym dyskutowała i decydowała lokalna komisja niekompetentnych biurokratów
Szanowni Państwo,
Koledzy zarzucają mi, że zdradziłem Radiologię Zabiegową - nie mogę się w pełni z tym zgodzić. 1 października 1996 roku przekazałem oficjalnie kierownictwo Zakładu w ręce prof. Małgorzaty Szczerbo-Trojanowskiej. Była to jedynie formalność, ponieważ w praktyce, od początku mojego rektorowania, przejmowała Ona i znakomicie (aczkolwiek charytatywnie) wypełniała coraz więcej obowiązków kierownika Zakładu. Czterdzieści lat pracy w otoczeniu promieni jonizujących, intensywne życie i, co tu ukrywać - metryka, domagały się zmniejszenia tempa, przechodzenia z godnością i pogodą w wiek nestorski i nie zasłaniania światła rwącemu się do życia młodemu lasowi kadr radiologicznych.
Z radością i ulgą stwierdziłem, że prof. Małgorzata Szczerbo-Trojanowska jest po prostu ode mnie lepsza. Świetnie kieruje Zakładem, tryska pomysłami tematów badawczych, „trzyma rękę na pulsie” najnowszych metod diagnostycznych i leczniczych. Wykazywała, oprócz wielu swych walorów, wręcz genialny talent dyplomatyczny. Wynegocjowała - niestety storpedowany przez nieczyste siły - „kontrakt stulecia”, który mógł postawić lubelską Uczelnię w rzędzie najlepszych w Europie.
Javor M. Nursing in territory of Slovakia - institutional changes. JAHR. 2013;4(7):133-143.
Archiwum i wspomnienie profesor Małgorzaty Szczerbo-Trojanowskiej
Archiwum i wspomnienia profesora Wojciecha Szmigielskiego
Wspomnienia Haliny Marszałek
65 lat Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, oprac. Andrzej Wróbel: s. 30-31
Historia troski nad chorymi. Między doświadczeniem kobiet a etosem wspólnoty
Zakony jako instytucje opieki nad chorymi
Chorzy i ubodzy w centrum wspólnotowej troski
Opieka jako zadanie wspólnoty obywatelskiej w krajach protestanckich
Pielęgniarstwo świeckie
Biografia Haliny Marszałek
Dwa zawody – jeden cel. O współpracy lekarzy i pielęgniarek