„Anatomia wspomnień” doktora Szymona Bakalczuka
Opowieść o czasach, gdy wiedzę zdobywało się z atlasów, a uratowane życie bywało nagradzane… baniakiem bimbru.

Pierwsze zdjęcie pamiątkowe

Na studia do Lublina przyszedłem w 1967 roku. Rok liczył 180 osób. Podzieleni, byliśmy na grupy a najważniejsze zajęcia pierwszego roku to były zajęcia w Zakładzie Anatomii Prawidłowej, którym kierował Rektor Akademii Medycznej w Lublinie profesor Mieczysław Stelmasiak.

Zakład mieścił się na ulicy, wtedy Waryńskiego, dzisiaj Ewangelickiej, w małym budyneczku, w którym obecnie jest Wydział Prawa KUL. Dość charakterystyczne było zachowanie pana profesora Stelmasiaka. Na jego wykłady wchodzili najpierw asystenci, za nimi on. Zawsze wstawaliśmy. Była to dość specyficzna nauka szacunku dla pana Rektora. Wykład prowadził  w bardzo charakterystyczny sposób. To powodowało, że na wielu studenckich imprezach dochodziło do naśladowania jego głosu i sposobu prowadzenia wykładu. Pamiętam np. wykład o znaczeniu serca w układzie krążenia człowieka. Niestety - ja nie potrafię go naśladować.

Tradycją też było wspólne zdjęcie całego roku przed budynkiem Collegium Anatomicum. Pan Rektor obowiązkowo z wszystkimi asystentami stał w pierwszym rzędzie, za nim na stopniach wyżej studenci w białych fartuchach. Takie zdjęcie wszyscy musieliśmy obowiązkowo kupić i do dziś dnia posiadam je jako specyficzną pamiątkę.

Zajęcia z anatomii... Tam byli charakterystyczni asystenci. Ja miałem przyjemność i zaszczyt, że moim asystentem był pan docent Zygmunt Urbanowicz, internista, a jednocześnie docent Zakładu i Katedry Anatomii Prawidłowej.  Miał dwa specyficzne przydomki. Po pierwsze "dobrodziej", ponieważ zwracał się do nas albo dobrodzieju albo dobrodziko - jeżeli to mówił do dziewcząt. Drugi przydomek, to "loczek" ze względu na charakterystyczny „zaczes” na łysinie. Był to bardzo wymagający człowiek, ale jednocześnie sprawiedliwy i zawsze w zespole studentów znajdował jedną, dwie osoby, które forował do szybszego tempa poznawania anatomii i szykował ich do konkursu “Scapula Aurea” (złota łopatka), w którym byliśmy w czołówce polskiej.  W roczniku, w którym ja miałem przyjemność być, finał konkursu odbywał się w Lublinie i zajęliśmy jako zespół bardzo wysokie miejsce w Polsce. Przekładało się to na możliwość zdawania egzaminów przed terminem u pana Rektora, który laureatów ogólnopolskich traktował w ten sposób: uścisk dłoni i wpis do indeksu, a to wtedy było dużą satysfakcją dla studenta.

Zajęcia w owym czasie odbywały się, mówię o pierwszych latach studiów w Collegium Medicum, na ówczesnej ulicy Dymitrowa, obecnie Radziwiłłowskiej. Niektóre ćwiczenia mieliśmy na ul. Staszica w szpitalu "jedynce" (PSK 1) i w dziecięcym, bo dziecięcy mieścił się wtedy jeszcze przy ul. Staszica 11. Niektóre zajęcia były już na ul. Jaczewskiego, ponieważ w sześćdziesiątym czwartym roku oddano PSK 4 do użytku. W Collegium Patologicum mieliśmy sporo zajęć zarówno z autonomii patologicznej, z patofizjologii, z medycyny sądowej. Grupy były wówczas najczęściej pięcioosobowe. Każda z grup miała swojego mentora w danym przedmiocie. Mam bardzo dobre wspomnienia, jeśli chodzi o zaangażowania asystentów klinicznych. Ćwiczenia nie odbywały się w ten sposób, że wprowadzano nas jedynie na salę operacyjną. Nie mówiono: "stać i patrzeć", tylko cały czas ktoś bardzo dokładnie nam komentował i opowiadał, co widzimy.

Uśmiechnięty pan siedzący przy biurku przed dokumentami i komputerem, trzymający w dłoni długopis

Dr n. med. Szymon Bakalczuk 

Studium wojskowe

Natomiast dość anegdotyczny miejscem zajęć było studium wojskowe. Poziom oficerów był wręcz nie do opisania i nie do powtórzenia. Panowie pułkownicy, bo najczęściej byli to pułkownicy. Major to już była bardzo niska ranga. Byli to wojacy o specyficznej inteligencji. Nie będę przypominał nazwisk, bo o zmarłych, albo wcale, albo dobrze, ale dzięki jednemu z majorów używaliśmy takiej jednostki inteligencji - "mili" plus jego trójliterowe nazwisko. To była nasza umowna jednostka inteligencji.

I on, ten major miał np. takie odzywki jak „stańcie à propos drzwi”. Nie każdemu to się podobało, ale spora grupa mając kategorię "A" musiała ćwiczyć. Zdobywaliśmy w błocie Górki Czechowskie, a mundur i płaszcz ogólnowojskowy trzeba było potem wyprać. Teraz mogę się do czegoś przyznać. Wówczas zawsze, w okresie grudnia i końca listopada ochotniczo oddawałem krew. Za 400 ml były 2 dni wolne w studium wojskowym, za 250 był jeden dzień wolny. A więc w końcówce grudnia kompania była mocno przetrzebiona, bo większość z nas miała wolne za oddaną krew. To było o tyle ważne, że dowódca mojej kompanii bardzo dokładnie przestrzegał ilości włosów wystających spod czapki. Zajęcia w studium wojskowym odbywały się raz w tygodniu, a my zapuszczaliśmy włosy na sylwestra. Wtedy nie było tej mody, jaka jest dzisiaj - mam na myśli modę podgolonych głów - tylko raczej wszyscy nosiliśmy długie włosy. Zawijaliśmy je pod czapkę, ale nie zawsze się to udawało. I pan pułkownik wysyłał nas w trakcie zajęć do najbliższego fryzjera. Studium wojskowe mieściło się wtedy przy ulicy Pstrowskiego, dzisiaj Peowiaków i taki delikwent, który trafił do fryzjera, wracał podstrzyżony dość wysoko.

Drugie zdjęcie pamiątkowe

Zajęcia kliniczne mieliśmy w różnych szpitalach. Internę miałem na Staszica i od pani adiunkt Buczyńskiej nauczyłem się wielu podstawowych zachowań, które naprawdę przydały mi się w całej mojej późniejszej w pracy zawodowej, kiedy niekoniecznie przecież miałem jakikolwiek związek z chorobami wewnętrznymi.

Studia skończyłem w siedemdziesiątym trzecim roku. Rozpocząłem od razu staż. Zdobycie etatu nie było proste, ale tak się dla mnie szczęśliwie złożyło, że w tym samym roku był pewien ogólnopolski konkurs na tytuł „Złotego Eskulapa”, a jeszcze wcześniej na tytuł „Złotego Kopernika”.

Tak mi się złożyło, że zdobyłem tytuł „Złotego Eskulapa”, co mi dało prawo wyboru miejsca pracy.

Związałem się wtedy ze szpitalem na Staszica. Pierwszy rok, jeszcze nie mając etatu, pracowałem w Zakładzie Anatomii Prawidłowej u pana (już wtedy byłego Rektora) profesora Stelmasiaka, w związku z czym mam jeszcze drugie zdjęcie pamiątkowe, ale już jako asystent, w tym pięknym korowodzie asystentów przed budynkiem Anatomii Prawidłowej.

Staż podyplomowy wtedy nie kończył się żadnym egzaminem. Po prostu po trzech miesiącach pracy na podstawowych oddziałach - pediatrii, chorób wewnętrznych, chirurgii i ginekologii można było starać się o specjalizację.

Będąc na etacie w Zakładzie Anatomii Prawidłowej bardzo chciałem (już wtedy) mieć specjalizację z ginekologii, ale pan profesor Tynecki nie dopuszczał nas, czyli pracowników Zakładu Anatomii Prawidłowej do tej specjalizacji. Na ginekologii staż mogłem odbywać, ale o tym, żebym robił tam specjalizację, nie było mowy. To był dość specyficzny człowiek.

Struktura szpitala i oddziałów wyglądała inaczej. Jak rozpocząłem pracę w szpitalu, Klinika Chirurgii docenta Zakrysia została podzielona. Zaczęły się wyodrębniać podspecjalizacje czy nadspecjalizacje chirurgiczne i kliniczne. 

Oddział chirurgii ogólnej „miał” docent Zakryś, a profesor Misiuna „dostał” klinikę chirurgii naczyniowej. Ówczesny adiunkt, późniejszy docent Tadeusz Jastrzębski kierował kliniką chirurgii urazowej.

Staż odbywałem w Klinice Chirurgii Urazowej i tam zacząłem dyżurować. Później, kiedy ministerstwo przyznało mi ten wolny etat, przeszedłem na ginekologię, gdzie właśnie zmieniło się szefostwo. Zmarł pan profesor Tynecki. Kierownikiem Kliniki i Instytutu został docent Henryk Źrubek. Zarobki młodego asystenta posiadającego rodzinę i jedno dziecko były wręcz śmieszne. W związku z czym dyżurowałem zarówno jako bardzo młody człowiek w ostatnim szeregu na ginekologii, i jako dyżurny na chirurgii urazowej.

"Szyj jak potrafisz"

Na chirurgii urazowej przeżyłem sytuację, której nie życzyłbym nikomu, a jednocześnie zapamiętałem ją na całe życie i jeden dzień dłużej. Otóż dyżurowałem z bardzo sympatycznym chirurgiem, który był jednocześnie wielkim kibicem sportowym. W siedemdziesiątym czwartym roku były mistrzostwa świata w Niemczech. W gabinecie lekarskim adiunktów był jeden w całej klinice, słownie jeden telewizor czarno biały i to niewielki. I pan doktor oczywiście spędzał cały czas na oglądaniu meczów. No i stało się, że przywieziono z wypadku spod Lubartowa człowieka, który wsadził rękę, w tak zwaną krajzegę. To mechaniczna piła, uraz po tym, jest no dość głęboki i niebezpieczny. No więc obejrzałem tę ranę i uznałem, że to wymaga specjalisty. Poszedłem do pana doktora na piętro. On oglądał mecz, spojrzał na mnie powiedział: „Szymon, tam jest atlas anatomiczny, weź otwórz na ręce, na dłoni i szyj jak potrafisz, ja nie wrócę, nie przyjdę do ciebie”. Nie powiem, że mi sprawił wielką radość swoją decyzją. W znieczuleniu miejscowym szyłem, tak jak potrafiłem, kazałem biednemu człowiekowi ruszać palcem czy właściwe ścięgno zszyłem. Po opatrunku pacjent nawet nie został w szpitalu. Minęły trzy albo cztery dni. Pacjent przyjechał na kontrolę. Szefem gabinetu zabiegowego na chirurgii urazowej był felczer, pan Stasio - legenda tamtej kliniki. On najlepiej reponował złamania, najlepiej gipsował. Zawołał mnie do otwarcia i rewizji rannej kończyny i sprawdzenia, jak to wygląda. Na szczęście nawet nie zropiało. Nie wiem, jakim cudem ten człowiek ruszał wszystkimi palcami. Ja byłem szczęśliwy, pacjent też był szczęśliwy. Wyznaczyliśmy z panem Stasiem kontrolę za tydzień, za tydzień pacjent przyjechał. Z kilkulitrowym baniakiem bimbru dla pana Stasia i dla mnie za dobrą opiekę. Takie sytuacje się zdarzały. Nie życzę dzisiaj nikomu.

Podobnych zdarzeń w przeszłości było więcej. Już kiedy pracowałem na ginekologii przywieziono pacjentkę. Ja nie byłem dyżurnym, tylko po prostu byłem tym najmłodszym na sali operacyjnej. Przywieziono pacjentkę z pękniętą ciążą pozamaciczną. Wtedy była inna diagnostyka. Pacjentka była w ewidentnym wstrząsie krwotocznym, na granicy utraty przytomności. Nie można się było jej wkłuć do żyły. A ponieważ ja na chirurgii urazowej nauczyłem się czegoś takiego, jak wykonanie wenesekcji w okolicy kostki, zapytałem się rządzącego wtedy na tej sali operacyjnej pana adiunkta Hruczkowskiego, czy mogę zrobić wenesekcję. Powiedział: "nie, zawołamy chirurga", po czym, ponieważ pacjentka traciła przytomność, kazał mi robić tę wenesekcję. Proszę pamiętać, że nie było wenflonów. Mówimy o całkiem innym okresie medycyny. Zrobiłem tę wenesekcję. Pacjentka została uratowana. Dosłownie na drugi dzień dr Hruczkowski, z taką nie do końca wesołą miną mówi "Szymon, idziemy do Szefa…".

Każą iść do Szefa, to się idzie. Weszliśmy do gabinetu pana profesora Źrubka, pan adiunkt Hruczkowski usiadł po drugiej stronie biurka, ja nie dostąpiłem tego zaszczytu, stałem i zostałem zjechany od stóp do głów. Bo gdyby mi się ta wenesekcja nie udała, uszkodziłbym naczynie albo pacjentka by zmarła, to byłaby nasza wina. Natomiast gdyby pacjentka zmarła czekając na chirurga, nic by się nie stało. Także wiedziałem od tego czasu, że trzeba znać swoje miejsce w szeregu. 

Nie było USG, nie było wenflonów. Sytuacja była zupełnie inna, niewyobrażalna dzisiaj, albo trudna do wyobrażenia. 

Jak przyszedłem pierwszy raz na dyżur akurat ze starszym kolegą, z doktorem Michałowskim, który potem był ordynatorem ortopedii w wojewódzkim szpitalu na al. Kraśnickiej, to dowiedziałem się, że gdyby była potrzeba, to mam na maskę Schimmelbuscha kapać eter. Oczywiście trzeba pamiętać, że opary eteru, nie tylko pacjent dostawał, ale lekarz również. Na izbę przyjęć na chirurgii urazowej przywożono dziesiątki alkoholików, bo izba wytrzeźwień na ulicy Kawiej miała określoną pojemność. Jak pijany miał jakikolwiek uraz, to najpierw go trzeba było go zaopatrzyć. PSK 4 było w jakiś sposób chronione od takich urazowych pacjentów, bo to u nich była ta była prawdziwa ortopedia, u nas była Klinika Chirurgii Urazowej. Dyżurowałem na tej chirurgii urazowej chyba ze dwa albo trzy lata, po dyplomie i po stażu, a potem już tylko na ginekologii. To były też czasy, kiedy działaliśmy w ramach Instytutu Ginekologii. Jeden rok spędzało się na ginekologii operacyjnej, drugi rok na położnictwie, trzeci rok na patologii ciąży. Nie było tak jak dzisiaj wąskiej nadspecjalizacji ginekologii onkologicznej i innych. Rezydenci po specjalizacji zaczynają pracować już tylko na jednym odcinku. Jeszcze w szpitalach powiatowych nadal jest sytuacja taka, że jak jest ginekologia, to jest i ginekologia i położnictwo w jednym. W szpitalu klinicznym jest to mocno podzielone. Przez wiele lat pracowałem właśnie w klinice pana profesora Źrubka, potem w klinice pani profesor Grudzień.

Klinika Rozrodczości

W latach osiemdziesiątych, to był gdzieś ‘86 albo ‘87 rok, Rektorem naszej uczelni, był pan profesor Kleinrok, z którym ja jako student miałem dość bliskie kontakty, z racji tego, że on był wtedy dziekanem, a ja byłem szefem komisji nauki ZSP. Najpierw, za moich studenckich czasów było ZSP, dopiero jak skończyłem studia, może pod koniec studiów powstało SZSP, czyli socjalistyczne, myśmy byli jeszcze w Zrzeszeniu. I w tym osiemdziesiątym którymś roku wezwał mnie pan Rektor Kleinrok i mówi po imieniu oczywiście: „pójdziesz i pomożesz Michałowi zorganizować klinikę Rozrodczości”. Jeszcze wtedy miało się to nazywać tylko "Rozrodczości". Mówię: "ale panie Rektorze, ja na niepłodności się nie znam". „To się nauczysz”. To była krótka rozmowa z panem Rektorem Kleinrokiem, którego bardzo szanowałem, a dzisiaj uważam za jednego z najlepszych Rektorów naszej uczelni. Zadanie wykonałem. Wspólnie z nieżyjącym panem profesorem Bokińcem, stworzyliśmy klinikę Rozrodczości i Andrologii. Nie tylko leczyliśmy niepłodność, ale szliśmy z duchem czasu. Na przełomie, a w zasadzie już w dwudziestym pierwszym wieku, w dwutysięcznym roku mieliśmy w klinice wykonane pierwsze in vitro. 

Klinika mieściła się tam, gdzie wcześniej naczyniówka. Budynek i panujące warunki były bardzo trudne. Mieliśmy stary blok operacyjny na parterze, zaraz z wejścia narożnego w prawo był blok operacyjny. Na wprost były trzy sale i na górze były była jedna sala. Dzisiaj nikt by się na to nie zgodził: 10 łóżek na jednej sali i jedna sala trzyłóżkowa. I w tej klinice mieliśmy jedno z pierwszych urządzeń do laparoskopii w Lublinie. Wykonaliśmy pierwszą histeroskopię w mieście. 

Można powiedzieć, że ściągnęliśmy w pewnym sensie do kliniki przyszłego profesora, wtedy jeszcze adiunkta Grzegorza Jakiela, którego pan profesor Źrubek „powierzył” mi pod opiekę. Przez te kilkadziesiąt lat stał się moim przyjacielem, współpracownikiem i wspólnie działaliśmy w klinice Rozrodczości. Z różnych przyczyn, nie będę w tej chwili wnikał w szczegóły, klinika została zlikwidowana. Argument był taki, że te pomieszczenia były kiedyś stajnią. I że nie spełniają żadnych warunków sanepidu. Dzisiaj tam nadal są oddziały, oczywiście po remoncie. Bliźniacze nomen omen właściwie. 

Warto wspomnieć o naszych wzajemnych relacjach w ówczesnym PSK 1.

Spora grupa lekarzy, z którymi zaczynałem: moi nauczyciele, moi rówieśnicy nigdy nie zmieniali pracy, byli jakby patriotami Staszica. Myśmy nie pracowali na Akademii, myśmy pracowali na Staszica. Zdarzało się, że na jakieś kierownicze stanowiska przychodzili ludzie z zewnątrz, ale dla tych „patriotów Staszica”, to były obce osoby, wtręty. Mieliśmy poczucie, że jak będzie trzeba, to oni za chwilę pójdą na Kraśnicką, pójdą do COZLu, pójdą do "czwórki". Mieliśmy przeświadczenie, że oni nie mają, nie czują związku ze szpitalem na Staszica.

Dzisiaj szpital ma w adresie dwie lokalizacje: aleja Solidarności i ulica Staszica. Ja nie użyję określenia szpital na Solidarności, tylko dalej będę mówił szpital na Staszica.

Jak sobie wspominam, to oczywiście na pewno nie było łatwo, ale wszyscy „klepaliśmy taką samą biedę”, dorabialiśmy dyżurami, nie wolno było mieć gabinetów prywatnych. Praca w „Spółdzielni Lekarz”, to było dostąpienie zaszczytu. To było coś niesamowitego. Ten, kto dostał godziny w „Spółdzielni Lekarz”, zaczynał zarabiać normalne pieniądze, więc to była inna sytuacja. Powiem jedno, zaangażowanie moich rówieśników starszych i młodszych kolegów w pracę, było w ogóle nieporównywalne, ponieważ jeżeli był ciężki przypadek na oddziale, a to były czasy, kiedy i rzucawka mogła się zdarzyć, kiedy zdarzały się naprawdę trudne hematologiczne czy różne inne problemy, to nikt nie pytał się, kto zostaje tylko albo pan profesor Źrubek, albo pani profesor Grudzień mówiła: "ty i ty zostajecie". Nie było pytań o to, czy ktoś nam zapłaci za ten dyżur. Mieliśmy jakby trochę inne podejście. Oczywiście praca też wyglądała inaczej. Raporty zaczynały się później. Pan profesor Źrubek miał zwyczaj, że „po trzynastej nie zaczynajcie operacji, bo już nie ma anestezjologa, który by chciał tak długo z wami siedzieć”, ale z drugiej strony myśmy w ogóle (oczywiście to było bardzo złe), ale myśmy w ogóle nie schodzili po dyżurze. Co najgorsze nasi szefowie mieli taki, może nieładny zwyczaj, że jeżeli w dniu, kiedy byłem po dyżurze, nigdy nie byłem na "haki", czy do operacji rozpisany jako pierwszy, do pierwszej operacji, tylko do trzeciej. Czyli było wiadomo, że trzeba będzie siedzieć.

"Wykończeniówka"

No a jednak praca na położnictwie to nie jest zajęcie, przy którym się można zdrzemnąć. Historycznie patrząc były różne systemy dyżurowe. Jak przyszedłem do pracy, system dyżurowy polegał na tym, że były dwa dni tak zwanego "ostrego dyżuru", przywozili nam z regionu wszystkie porody. Trzeciego dnia nie przyjmowaliśmy pacjentów z zewnątrz. To takie nieładne określenie - „wykończeniówka”, bo próbowaliśmy "wyrodzić" to, co się nie urodziło przez dwa dni dyżuru, a kwalifikowało się do porodu. Kraśnicka jeszcze nie istniała, tylko było PSK 4 i Lubartowska. Potem cztery dni przerwy, czyli jeden dzień „wykończeniówki” i 4 dni puste.  Młodzi asystenci, tacy jak ja wtedy, mieli dyżury tylko ostre albo „wykończeniówkę”. Te zwykłe nie, bo to tę przyjemność mieli ci starsi. Nawet jak był jeden poród, to on mógł być przez cały dyżur nie budzony do tego porodu. Natomiast w dniach ostrego dyżuru, porodów bywało do 20 a nawet 30. 30 to już wyjątkowo, ale do 20 to była norma w ciągu dnia, czyli na popołudniowym dyżurze 12 - 15 porodów.

Cięcie cesarskie trochę inaczej wyglądało. Po pierwsze dzisiaj tnie się z cięcia poprzecznego Pfannenstiela, wtedy z cięcia podłużnego szyło się catgutem ileś warstw. Cięcie cesarskie nie trwało 30 minut, tylko dwie godziny, no półtorej to już był bardzo dobry wynik. Oczywiście do wyjęcia dziecka było szybko, ale potem trzeba zaopatrzyć macicę, zszyć. Nie było leków obkurczających prawidłowo macicę zapobiegających krwotokom. Wszystko wyglądało inaczej niż dziś, ale powoli następowały zmiany. Do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja i te zmiany były bardzo dobre.

 

Z doktorem Szymonem Bakalczukiem rozmawiał Wojciech Brakowiecki.

POPUL/SP/0093/2023/01
Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Edukacji i Nauki w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II"
Logo Rzeczypospolitej Polskiej Logo programu Logo ministerstwa nauki